Ból matki. Ba! Ale i ono też — dziecko — gdy czaszka zbiega się w szwach — gdy obca siła — pierwszy krzyk. Powietrze jak sztylet w gardle. Pierś dusi, mrozem wypełnia wnętrzności. Nieradne208, bezbronne, nagie i samotne. Drży. Pierwsza fala już własnej teraz krwi. Pierwsza kąpiel — nie znane, szorstkie, bolesne dotyki. Żywioły obce — powietrze i woda.
Umie. Oddycha. Żyje!
Pierwsza łagodna słodycz ciepłego mleka. Pierś. Umie. Ssie. Dziw, cud. Trzeba wargami, językiem, nosem, gardłem, przełykiem. Pierwszy trudny, niewprawny posiłek. I...
Błogosławiony sen.
Pierwsze zbłąkane spojrzenie. Wokoło błyski, cienie, chmury, odgłosy odległego świata. Dzieje się coś? Jego własna, samotna skarga, gdy zaboli.
Drgnęło, pręży się, mruży oczy. Poruszyło głową, ziewnęło, westchnęło, rumieniec, marszczy czoło, wygładza, sto grymasów twarzy, ruchy ust, rąk, nóg — leży, patrzy. Poznaje siebie!
Bo jeszcze wszystko to, co przy nim wokoło, nad nim i w nim — razem — jedno — nie zbadane, nieodgadnione. Poduszka i matka, blask lampy i tykanie zegara — jedno tajemnicze i wielkie — (tu w pokoju, tam za szybą) i ono — mętny bezwład, zagadka ważna, wielka.
Patrzy, czuwa. Płyną stulecia. (Czas dziecka nie zna kalendarzy).
Badasz. Próbujesz. Ćwiczysz, najmłodszy obywatelu. Chcesz poznać, wyłuskiwać z chaosu. Wygarniasz z siebie i chłoniesz życie — inne, nowe, niepokojące, niepojęte — genialnie już przeczuwane i pożądane.
Raz w raz na łaciaty sen niemowlęcego czuwania spływa czarny sen, gdy pozornie nie dzieje się nic. Pracowity sen, który układa, szereguje, segreguje, buduje — o, uśmiecha się — oo, zdziwione, ooo — lęk — protest — nie pozwala — godzi się — nie chce — żąda — i pogodna cisza.