Patrz: dziecko siedzi, stoi, chodzi. Biegnie szalone radością, oderwane od cudzej mocy, która nosi, prowadzi, wspiera i niewoli: Ja sam, Ja sama!
I pada albo przystanie i patrzy w dół, i sprawdza, co to za dywan czarodziejski, co za skrzydła wyrosły — nogi, które niosą — ja, moja władza.
Uderza się kijkiem po głowie i patrzy: co to, co nade mną, jakie tam nie zbadane bieguny? Znów ja — tyle tego — głowa — myśl, jeszcze trudniejsze niż mowa. A trzeba rozumieć, by uzgodnić siebie z życiem, światem, ze sobą. — Poznaj!
Zawsze: jeden paluszek, dwa paluszki, pięć, potem dziesięć. Już nie palce: sto, tysiąc, milion. „A” i „Zet” — tyle wyrazów, obrazów, symbolów210...
Skaleczył się (nóż, szkło) — krew, co to? Słyszy: w piersi serce puka. Co to? W lustrze własne odbicie: „dzidzi, lala” — nie — Ja! Pierwszy raz dostrzegło siebie w matki źrenicach: ooo — i tu — i wszędzie — ja!
Goni motyla, sięga, już ma; nie — odfrunął i przysiadł opodal; znów kusi i łudzi — blisko, znów daleko. Tak będzie goniło każdą prawdę i każde kochanie.
Piesek, ptak, owad, brat, ojciec, piłka, cukierek, pajacyk, koralik, kropla, nić pajęcza — duże, małe. Pokrzywa ukąsiła — osa — woda parzy.
Pyta się matka, czy można już pokazać litery, czy nie za wcześnie? Nie zna jego samotnej pracy, gdy gromadzi, zestawia, wybiera, zapomina i utrwala w pamięci, by wspiąć się, by zachować na jutro, na długo, na zawsze.
Uczysz, radzisz, tłumaczysz. Ale pod jego kontrolą i cenzurą. Ono samo przerabia, przyswaja i odrzuca. Czego w samotnym wysiłku swego czuwania i snu nie posiędzie211 i nie zdobędzie — to tylko duszy dźwięk, obcy twór, narzucony ciężar. Nie wzrośnie, nie skrzepi.
Tylko dałaś mu mleko, kleik, kaszkę. Ono to musi samo już dalej: przemiesza, przetrawi, przesączy w krew, ożywi tlenem oddechu — przedziwny chemik, magister aprowizacji — rozniesie, nakarmi miliardy komórek — zwiąże i zbuduje (przedziwny architekt!), wyrzeźbi (artysta!) swój wzrost, rozwój i myśl, uczucie, wolę.