Więc dalej rozwijam. Trzeba jakoś, kiedy zacząłem już.
— Toć jakkolwiek, wszelako my — On — człowiek niby bądź co bądź co nieco już — historycznie i porównawczo, nie to, co dawniej. Bo wziąć na przykład samolot albo łódź podwodną, albo metro podziemne, kolejkę linową. A balon, stratosfera? Już nie maszyna parowa (koks), ale koń elektryczny, ampery. Co tu gadać! Opanowaliśmy bieguny i żywioły. Góra — dziurkę wywiercił — tunel. Droga potrzebna — zaraz most, kanał, tama, autostrada. Przeszkadza drzewo — lu je, kamień — dynamitem! Błota osuszone — wyniosły się z bagien czarty i bociany. Już wiemy, co to piorun i cholera. Szczepienia. Przepowiadamy pogodę — i radio nie w kij dmuchał, na raty — lampa i kryształek228 — słyszę, jak świat gada, gra, wyje i tańczy. Bez drutów. Telefon i telegraf. Furda229 mu atomy, fale, jony, protony; składamy, rozkładamy, układamy jak komórki, ulęgałki, śledzie. Już na całego kosmicznie i międzyplanetarnie. A że tu i tam jeszcze nowicjusz — ale będzie, początek dopiero. Ewolucja. Umiemy, możemy, radzimy. Kulawa i niemrawa. Jednak przecie Liga Narodów230. A zdrowie, życie? Internista, dentysta, chirurg i okulista (oko), otiatra (ucho), laryngolog, stoma-gine-derma-gastrolog, neuro- i wenerolog. Bzik? Kłopot. Psychiatra, insulina. Proteza, synteza. Wszystko możemy już sztuczne, nawozy, jedwab, zęby, sztuczny tłuszcz, lisy, ślizgawka i jajka. Żelazobeton, czołg, parlograf231, fotel elektryczny. Za pan brat już nawet z wiecznością: pióro wieczne, ołówek, wieczna ondulacja232. Vadium233, hel234, heil235, sport, fosgen236 i fotograf. Jazz, gangster, maska, skok, rzut, bieg, naprzód, świadome macierzyństwo237 — excelsior238. Triumfy, przeboje i rozboje. Ale to dopiero początek! Nie łaska na Księżyc rakietą? Naprzód ryzykant, mente captus239, uczony — potem snob globtroter240, potem runie już całe tałatajstwo. Pierwszy lepszy łazik241 do Orbisu242: „Proszę ulgowy Ziemia–Księżyc, powrotny”. Hotel z ciepłą wodą i kosmotelefonem: „Hallo, Jadźka? To ja. Nudy. Pokłoń się Irenie. Wracam we wtorek 10.12. Przywiozę widokówki. Nie żałuj. Kuchnia podła. Pluskwy”.
Nieśmiertelność. Kino dźwiękowe. Dawniej aktor wyciągnął kopyta: basta, finis, Ende, fin243 — dziś na taśmie dalej gra, całuje, deklamuje, strzela. Zgasł polityk — mięta244! Płyta jego gada, grozi, łże. A nieboszczyk bokser na ekranie dalej wali w zęby, w ucho, uwieczniony.
A małpie gruczoły245? Też drogo, kulawo, bo trudny początek. Ino patrzeć, pani domu: „Kasia kupi chleb, włoszczyznę, kilo mąki, na kluski, z razową i dziesięć deka dla pana gruczołów humanizowanych, tylko świeże”. A stary safanduła zjadł z cebulką i młodego w kozi róg. Podobno wynaleziono pastylki — połkniesz jedną, popijesz wodą i syty; tylko syndykat zabronił. Bo życie straciłoby sens i barwę bez wyżerki.
Była transfuzja krwi od wielkiej parady — teraz już za psi grosz, na ból głowy, na hemoroidy, odciski. A jutro para nerek jak serdelki, strusi żołądek, sztuczne serce i woreczek żółciowy. Przeszczepią młodą skórę albo starą przenicują, wygarbują, wybielą, odnowią.
Potęga, przeboje, wyczyny. Człowiek już wyjrzał, dojrzał, przejrzał i rozumie — już wyrósł, dorósł, przerósł i ogarnął — i trzeba już z nim teraz inaczej. Nieba drapacz246 i zgrzebło. Dawniej insekt ukąsił — swędzi, nie ma się czym podrapać. Teraz jest czym wygodzić. Na co powołać i zaimponować. Samodzielny, samowystarczalny. Że z Arki Noego wylazła krowa i wypełzł żółw? My z garażu, limuzyny, że ha! Z hangarów zeppelinów247, z doków drednouty248 — nie gołąbek i karasek, przed potopem ocalały. Sprawiedliwość teraz ruchliwa, sądowa, administracyjna. Opatrzność społeczna w ośrodkach zdrowia i przychodniach. Hę?
Wygarniam tak z pamięci piąte przez dziesiąte, aż konkluzja:
— Więc odstawić człowieka od piersi, przestać patronować. Niech własnym przemysłem i rozumem — bez joga, derwisza, bonzów i fakirów, lamy i szamana249. Nie kierować, nie wskazywać, nie przestrzegać. Sam stanowi o swych losach...
Nie przerwał mi. Nie. A w odpowiedzi jedno tylko słowo życzliwe, ojcowskie. Jedno. Ale w słowie tym taka była rzeczowość, taka moc przekonywająca i pobłażliwe ciepło, że poczułem się nagle pyłkiem, maczkiem, źdźbłem, proszkiem, petitem, puszkiem, kropeczką, mgiełką.
Nie powiedział ani: „głupi”, ani: „głupcze”. I nawet nie: „głuptas” ani: „głupiś”. Jeno250 (abstrakcyjne):