Ani mądrzejszy, ani głupszy od wielu rówieśników lekarzy, ni mniej, ni więcej pewien siebie, swych racyj253, od innych młodych, powiedziałem do matki chorego dziecka w przychodni szpitala. Powiedziałem:

— At, głupstwa pani plecie!

Zniecierpliwiła mnie jakaś jej uwaga, sprzeciw, nierozumienie. Szło zapewne o dokarmianie, karmienie dziecka za często, za długo, nie wtedy, nie tak. Zniecierpliwiła mnie jakaś jej uwaga, błąd czy zaniedbanie. Dość, że powiedziałem cierpko do matki małego pacjenta:

— Niemądra pani jest. Głupstwa pani plecie.

Nic zdrożnego. W przychodni, kobiecie w chustce, bez kapelusza, w pośpiechu — ja, lekarz.

Nie obraziła się. Nie odburknęła. Spojrzała na dziecko, na mnie, znów na dziecko chore, które leżało bezwładnie na kolanach (pamiętam) i odpowiedziała (nie do mnie powiedziała, do siebie):

— Nie-mą-dra je-stem? Pe-wnie. Trudno być mą-drym bie-dne-mu.

Musiało być coś w spojrzeniu, westchnieniu, może ton głosu, wyraz twarzy, ust, czoła, barwa chustki, w którą dziecko owija. Bo jakby zawstydziłem się, jakby pożałowałem. (W pośpiechu wnet zapomniałem...)

Bo z tego samego lekarskiego krzesła białego przychodni, znów ja w tym białym, lekarskim fartuchu, przy tym samym stoliku, niezadługo potem — żachnąłem się na inną matkę, że dziecko nie kąpane. I też szorstko strofując:

— Brudne. Jak pani nie wstyd?