Może nawet dodałem:
— Czy brak wody w kranie? (Bo tak zwykło się mówić).
I tu — ona też — tonem łagodnej perswazji, usprawiedliwienia:
— Gdyby pan doktór widział, jak mieszkamy...
Dobrze. Zapisuję adres. Ulica, numer domu. Sprawdzę. Wstąpię. Przekonam, że nie ubóstwo, ale lenistwo, niechlujstwo. Może dziecko wykąpać. Trochę dobrej woli.
Idę. Teraz łatwiej lekarzowi znaleźć ubogi pokój w drugim podwórzu, trzeciej sieni lewej oficyny, na czwartym piętrze. Ale wówczas nie było wyraźnie wypisanych tablic z numerami mieszkań. (Były, ale na bogatych ulicach).
Więc tak: podejść do gromady bawiących się na podwórzu dzieci:
— Słuchajcie, chłopaki. Gdzie tu mieszka taki a taki (stolarz, szwaczka, piekarz, wdowa, szewcowa)? Kto pierwszy znajdzie, powie, zaprowadzi — zarobi dziesiątkę.
Zaprowadzili: to tu.
Mansarda. Pamiętam. Sufit pochyły. Piecyk żelazny zimny. Lód na szybach. Kubełek, kuferek. Dzieci w łóżku: