— Mama wyszła zagrzać wodę u sąsiada. Tam mają ogień. Wodę na herbatę.
Uuu, pani higienistko szkolna! Łatwe śpieszne zarządzenie: kołnierzyk biały, fartuszek kamlotowy254, przepisowy, trepki, serwetka, ręcznik, spodenki gimnastyczne. Cierpliwości, paniusiu, powoli, powoluśku.
Bywa, zapewne, że sznurek tam, gdzie powinna być tasiemka, i rękaw zerwany, i zamiast guzika agrafka. Ale spójrz, moja miła, na matkę. Bywa i tak, że karmin warg i paznokcie lakierowane. Ale częściej tak, że krwawy rumieniec spływa na żółte policzki, i nie pytana powie: „Wiem, przepraszam (za co?), rozumiem, powinnam. Wiem”.
Są igła i nitka, jeśli dzieciska nie zawieruszyły, ale myśl nie nadąża, ręka nieposłuszna, zdrętwiała. Od czego zacząć? Co pierwsze? Nie mam już sił...
Higiena, ład, estetyka. Trzeba znać. Ale dobrze znać się i na płótnie też — i na płótnie. Bo płótno od długiego prania, moczenia, wyżymania, suszenia — ściera się, przegniwa nić i cienieje aż — pajęczyna — i tyle. Przepychasz dziecku przez głowę wyrośniętą koszulę, a ona: sz-sz. Pęka na dwoje. Ostrożnie trzeba w łóżku z boku na bok przewracać się i kulić w półśnie, gdy zimno pod derką i paltocikiem, bo zawadzisz kolanem. Nie rozłazi się płótno, ale rozpada. A oto patrzysz zdumiony, jak (aż dziw, bo po co?) na takiej koszuli, sukience — łata — cierpliwa, benedyktyńska, ofiarna cera i łata. Niejedna — wiele obok siebie.
Bywa taka bielizna i odzież nawet na ruchliwym chłopaku cała i czysta — żeby nie było wstydu. I są (piszą gazety) domy i dachy — że komisja orzeka — i bezzwłocznie — a oni proszą: nie rozbierać, nie walić rudery, nie ma lepszej, jakoś do lata przetrzymamy.
Pamiętam izbę. Nie tylko tu dzieci słabe, ale i matka chora. O, leży. Dzień jasny, ona leży w łóżku. I ceruje. Ręka drży, przezroczysta, oczy od kaszlu załzawione. Ceruje pończochy. Mówię, że nie powinna szyć, później — zdąży, gdy wyzdrowieje. Ona nie.
Trudno być „mądrym” biednemu, niełatwo rozumie, i temu, kto staje w obliczu wielkiej niedoli. Przyznaję, że niezdarnie niezdarny i śmieszny śmiesznie kłamię (pocieszam):
— Gorączka. Potrzebny spokój. Kaszle. Później, jeszcze zdąży.
— Nie, panie doktorze, nie zdążę. (Uśmiech). Chcę, żeby dzieci na moim pogrzebie i tych kilka pierwszych dni później po mnie miały całe, bez dziur pończochy.