I nijako człowiekowi, kiedy ciepło, zacisznie w pokoju i jasna żarówka, i słyszy brzęk ustawianych na białym obrusie talerzy. Wyrzut, zarzut? Co poradzisz. Ale wstyd, gdy wiesz, że głodne dziecko. Niezręcznie mówić o tym, co czujesz. Trzeba — z rzadka — innym i sobie przypomnieć.

Pomoc zimowa. Daj. Bez sarkania, życzliwie daj. Ważne: masz — daj. Trudno? Wiem.

Złotówka — wielki pieniądz. Rozdzielić na ciepło, jasność izby, komorne, zelówkę trzewika, mydło, zapałkę, dług w sklepiku, na chleb i sól, na wzrost i siłę drobiazgu255, na zeszyt szkolny. A jeśli lekarstwo? Są, że umie jakoś, wie, co pierwsze i ile. Złotówka — duży grosz, w zimie nieczęsty gość. „Proście, dzieci, o zaspy śnieżne, dużo śniegu z nieba: tata pójdzie z łopatą, zarobi — będzie wszystko”. Co robić, gdy zima zamknie warsztat sezonowej pracy? Akurat dzień krótki, słońce zimne, kaszel częsty. Surowe stawia wymagania, woła: kup, płać. Z czego?

My — radzimy, dyskusje, uchwały. Oni — (o tym pamiętać trzeba) pomagają sobie, wspierają się. Tak — dogadując, kłócąc się, wymawiając — da, pożyczy, pozwoli zagrzać wodę na herbatę, przypilnuje mieszkania i dzieci (byle zajrzeć, co robią) — usłuży gwoździem, kłódką, paltem („mój dziś w domu”), rondelkiem, łyżką kryształu256 dla położnicy.

Sąsiedzi: dziś ja tobie (wymiana!) — ty jutro — (niepisana umowa). Swary, głośne porachunki notują dzienniki: gdy rzadko — wkracza policja, przybywa pogotowie. Łatwiej być dobrym w dostatku...

— A ty tu po co? — Zamknij drzwi, szczeniaku! Ciebie tu brakowało. Wytrzyj nogi. — Czego chcesz, węszynosku? Wypatrujesz kąty? — Chodź: na, masz, jedz; matka wróci, da więcej. Czego stoisz? Bierz, siądź przy piecu.

Ciepły talerz rzadkiej zupy. To nie wchodzi w rachunek Pomocy Zimowej. (Margines).

W wyniku naszych rozważań i zastrzeżeń, poszukiwań drogi — zrodziła się Pomoc dla Bezrobotnych. Masz — daj. Trudno? Wiem. Ale daj. Bez sarkania, życzliwie. Ważne. Próba — i kto wie? — zapowiedź czasów (nierychłych), gdy (trzeba wierzyć) zmieni się człowiek, większą sprawi mu radość: dzielić niż gromadzić. Nie będzie umiał inaczej. Daj cierpliwie, zanim (trzeba wierzyć) dzielić się będzie radośnie tym, co ma.

Pamiętam:

Pokój z kuchnią, kuchenką. Sublokatorka. Mąż porzucił, łajdus. Ale co dzieci winne? Nie płacą — z czego? Gniewa się administrator: „Dobroczynna z cudzej kieszeni!” — Ale (główna lokatorka pokoju): co robić? Nie wyrzuci przecież. Własne odchowane: syn zarabia. Łóżko, co stoi w kuchni, na noc wstawia dla syna. Pracuje, musi mieć swoją wygodę. A rodzina tego łobuza na ziemi, na sienniku. Wszystko, gałgan, sprzedał. Trzeba przecież jakoś. Kobieta chce, a że ma męża takiego... Dzieci. Kłopot z nimi. Inny nawet zarobi na sublokatorach, jej nie udali się. Może ruszy go sumienie — napisze, wróci? Tymczasem jakoś tak. Choć mąż też krzyczy (i administrator). Mają słuszność. Ale jak przełknąć, kiedy one, jak tę łyżkę do ust, kiedy patrzą — głodne?