Dlaczego jedno zapomina się, a o drugim pamięta?
Stary Doktór
„Antena” 1939, nr 4 z 28 I
Smutny czy zły?
Nie bój się! Nie powiem, jak się nazywasz. Czego się boisz? Nie. Jakże tak? Poczekaj. Albo zapomniałeś, jak naprawdę było, albo przykro — wstydzisz się przyznać, bo sam chyba rozumiesz, że nie jesteś w porządku. Fakty mówią. Nie, nie, nie — nie jesteś w porządku.
Mówisz: „Daj ołówek” — (żeby on ci pożyczył). Od tego właśnie zaczęło się to wszystko. To ty, nie on pierwszy zaczepił: „Daj ołówek, pożycz”. Gdyby nie to, nie byłoby ani bójki, ani wylanego atramentu. Każdy uczeń w klasie powinien mieć własny ołówek. Nie masz, ano dobrze, zwracasz się do sąsiada. Ale ten nie chce. Odmówił. Ołówek leży przed nim, przykrył go ręką (tak?) i mówi: „Nie dam” czy: „Nie chcę”. To nieważne. Ale ty: „Dawaj” — wykręcasz rękę i wyrywasz. Tak? Bo powinien dać, bo mu go nie zjesz przecie. Próbujesz siłą mu spod ręki wyrwać ołówek. No nie?
Miałeś dwie drogi, dwa sposoby: albo poprosić, przekonać, że powinien dać. Nie chcesz prosić o takie głupstwo, nie wypada ci? Dobrze. Pozostała druga droga: zwrócić się do innego (kolegi) chłopaka. Toć nie on jeden ma w klasie ołówek. Ale tak było ci wygodniej: pierwszy z brzegu, blisko, więc daj!
Powiadasz, że ci był potrzebny i śpieszyłeś się. Wierzę. Nie wiem, jaki był ten twój pośpiech i konieczna potrzeba, ale nie miałeś dobrego prawa ani: „Dawaj”, ani wyrywać spod ręki. Bo gdzież ty słyszałeś, w jakiej książce wyczytałeś, że jeśli śpieszysz się i potrzebne — możesz bez pozwolenia, siłą? U nas, dorosłych, nazywa się toto rabunek. Jesteś silniejszy, więc rabujesz słabszemu jego bezsporną własność. O, mores!257 — woła rzymski mówca. Cóż to za obyczaje? W biały dzień, w obliczu całej klasy obecnej i przytomnej?!
Powiadasz, że on zaczął pierwszy? Nie, ty pierwszy. Bo teraz dopiero on oburzony: „Oddaj — oddaj ołówek, ty złodzieju!” Obraza. Obraziłeś się. W obronie honoru znów ty pierwszy uderzasz go; ołówek rzucasz na ziemię i: „Ty chytrusie, udław się, gnido, swoim ołówkiem!” Powiadasz: „Nie”. Sprostowałeś: nieprawda, nie powiedziałeś „gnido”, tylko „gnojku”. Zgoda. Ale za co? Bo cię zgniewał. Ale ty jego też. Więc bójka, już druga w tym tygodniu. Wczoraj awantura z dyżurnym, dziś z nim. I wylany atrament. I ciekawe: uważasz, że masz słuszność. Pokrzywdzony, obrażony. Dzidziuś. Dziubdziuś. Niewiniątko!
Pytam się potem, czy chcesz ze mną porozmawiać. Ja spokojnie, uprzejmie, łagodnie, a ty fukasz: „Ee, po co?” — a potem: „że ci wszystko jedno”, że „nie ma o czym mówić”. Jest, jest o czym mówić. Potem na swoje usprawiedliwienie: „Myślałem, że pan będzie się gniewał, że pan znów będzie krzyczał”.