A organki? Czy stan twoich interesów uprawniał cię do nowych zobowiązań?
Termometr? Stłukłeś go do reszty, żeby wydostać z rurki żywe srebro264. Ładne — świeci się — jeśli nacisnąć palcem, robią się małe kuleczki ruchliwe. Ciekawe. Zgubiłeś. Poszło. Złote kółko, żywe srebro — lekkomyślność, gapiostwo — inwestycja zbędna, deficytowa — dwadzieścia pięć groszy w błoto. Po co ci to było?
Mówisz, że fundowałeś. Cóż! Prosperity265, złotówka (już tylko siedemdziesiąt pięć groszy!), ano funda266. Komu? Nawet nie pamiętasz. Była ich cała kupa pieczeniarzy267. A ty — czekolada, pestki, chałwa, szproty, mandarynka, chcieli banana — (czemu nie? ty płacisz) — wreszcie papieros też. Po co? „Bo on miał zapałkę”. — No, wiesz... On pociągnął dwa razy, wy po razie. Bachanalia268: czekolada, pestki, szproty, chałwa — uczta lukullusowa269 — jak nic pękło pięćdziesiąt groszy. Taką sumę bezpowrotnie przejeść — szaleństwo! Zrujnowało cię wystawne przyjęcie. Byli, jedli też twoi wierzyciele. Mówisz: świnie, żarli, a potem więcej jeszcze cisną, męczą, żeby oddał. A ty jak chciałeś? Widzą, proszę cię, że szastasz pieniędzmi — szproty, czekolada, pestki — stać cię. Płać. Winien jesteś: płać, kiedy masz. „Hojny! Nikt ciebie nie prosił”.
A do reszty dorżnęły cię prezenty. W krótkich odstępach czasu podarowałeś (jej) zegarek na rękę (dziesięć groszy), lusterko — pięć, dwa pierścionki — za pięć i za dziesięć groszy; pół ciastka (drugie pół sam zjadłeś), czekoladka z arakiem i perfumy — pięć groszy. Wszystko kupione w sklepach — gotówką. Ja wiem: jeżeli kogoś lubisz, przyjemnie podarować. Ale, mój miły, według stawu grobla270. — (Huczne zabawy i kosztowne dary niejednego zgubiły!...) Jeden pierścionek skromny z turkusem za pięć groszy nie łaska, trzeba zaraz i drugi z serduszkiem i brylantem za dziesięć groszy? Przeholowałeś.
A organki? A rewolwer? Pańskie i rycerskie zachcianki? Pytasz się, czy masz mu dopłacić? Rewolwer zepsuty. Ale on mówi, że strzelał. Mówi, że nie on, że ty go oszukałeś, bo nastrzelałeś się, zepsułeś, a teraz nie chcesz. Ma świadka. Powiadasz, że zacinał się. Zdarza się to z bronią. Trzeba było wypróbować. A ty wtedy dopiero chcesz mu oddać, kiedy upomniał się o piętnaście groszy. „Taki mądry — mówi — jak nie płaci, to dobry, a tak, to zepsuty”. — Sprawa sporna, trudno mi to brać na swoje sumienie.
Z organkami jeszcze gorzej. Miałeś mu dopłacić dziesięć groszy w niedzielę. Czekał, liczył na te pieniądze. Ukrywasz się, a w poniedziałek ni mniej, ni więcej, tylko żądasz, żeby ci jeszcze twoich dwadzieścia groszy zwrócił. Nie ma. Wydał. A że fałszują — tandeta — przecież słyszałeś? I on, i ty graliście na nich. Nowe organki w sklepie — mądry jesteś — majątek kosztują! A ty chcesz tanio i na raty, na kredyt w dodatku. On ma słuszność.
Nie masz, nie kupuj. Zanim kupisz, zastanów się, pomyśl. Ty nie. „Bo chciałem”. Chciałeś? To mało. A teraz ty na niego: „Oszukaniec”. On na ciebie też. I wróg. Jeden za rewolwer, drugi za magnes, trzeci za znaczki, marki, czwarty za organki. A ty osaczony, miotasz się, w nosie dłubiesz, szukasz ratunku. Lekkomyślny jesteś, niedoświadczony.
Znam to. Patrz. Raz chłopak, inny, wplątał się w gołębie. Zapomniał, że trzeba kupować groch. Smutna sprawa (bo on zaczął nawet kraść). Płacze, mówi: „Bo gołębie głodne”. Głodne, pewnie. A ty, jak chciałeś, nie wiedziałeś? Wiedział, ale nie zastanowił się, nie pomyślał. Chciał mieć. A potem też: tu pożyczy, tam wyprosi, tu sprzeda — grzęźnie coraz bardziej, też w nosie dłubie, na lekcjach nie uważa, zły, zgryziony, rozbija się. (Długi — to niewola). Nikt ręki pomocnej nie poda. A on „tylko chciał mieć”...
I ty: pytam się, co byś chciał kupić. A tobie oczy się świecą: wieczne pióro, latarkę elektryczną, aparat fotograficzny. Powoli, powoli. Łyżwę jedną masz? Saneczki zrobiłeś? Mało? Chcesz mieć wszystko? Czemu nie samochód, motorówkę, samolot? A co ty za taki Morgan271, Rokfeller272? Chcesz nakręcać koniunkturę? Takie apetyty? Opamiętaj się, mówię ci, chłopaku!
Też pamiętam. Rozumny, porządny chłopiec. Kino mało go nie zgubiło. Ciekawy obraz, więc musi zobaczyć. Rozumiesz: musi. Jeden chce mieć wszystko, coś jednego opęta — pokusa — i zdaje mu się, że musi. — Bo gdzie rozwaga, gdzie wola? — Raz zrobi głupstwo, a potem zamiast poradzić się — sam stacza się, tonie. Najgorzej, jeśli nie chce przyznać się do błędu. Ukrywa.