— Najcudowniejszy typ. Blondynka. Nigdzie nie ma tak pięknych blondynek, jak w północnych Włoszech i w Toskanii, naturalnie, nie mówiąc o pani.
— O obecnych nigdy się nie mówi. Więc cóż? Słucham pana.
— Nic. Umówiliśmy się, że następne, niedzielne popołudnie spędzimy razem. Miałem oczekiwać na Piazzale Michelangelo, koło posągu Dawida.
— Spóźnił się pan naturalnie.
— Ani trochę. A co ciekawsza, że i ona się nie spóźniła. Chodziliśmy przez całe popołudnie we dwoje, byliśmy w cukierni na lodach, kupiłem jej małego pinczerka od prześladującego nas chłopaka, z którym nie wiedziała, co zrobić...
— Z chłopakiem?
— Nie! Z pinczerkiem. Z chłopakiem ja nie wiedziałem, co zrobić, i dlatego właśnie psiaka kupiłem, aby się go pozbyć. Pod wieczór odprowadziłem ją do domu. Pożegnaliśmy się w dużej, pustej, zacienionej sieni przed schodami.
— Czy słodkie miała usta?
— O! Jak sen! Jak śmierć! Jak miód!
— Jak cukier! Jak krem śmietankowy! Jak sacharyna! Gdy ją pan dłużej będzie wychwalał, natychmiast w stół zastukam.