— Jak wola — inaczej nie mogę! Schodziliśmy się odtąd prawie każdego dnia, choć na chwilę wieczorem, gdy wychodziła ze sklepu. Błądziliśmy koło San Miniato del Monte, po Via dei Colli albo od Piazzale w dół tą cyprysową aleją, którą niegdyś Dante lubił chodzić...
— I rozmawialiście naturalnie o Boskiej Komedii?
— Nie, pani droga. Odgrywaliśmy raczej boską komedię. Nie broniła w mroku pachnącego wieczoru swoich gorących, młodych, świeżych ust ani rąk, ni ramion, ni szyi!...
— Zastukam!
— Niestety, nie ma powodu, bo na tym kończyło się wszystko! Gdy jej chciałem wytłumaczyć, że miłość ograniczeń nie zna i do wszystkiego ma prawo, drżała jak liść i, całując mnie w usta, prosiła, abym jej dał pokój, że ona nie może...
— Ależ w takim razie ta historia pańska zaczyna być nudna!
— To było we Florencji...
— Aha. Mam nadzieję, że się pan we Fiesole poprawił.
— Ja ostatecznie nie miałem się z czego poprawić...
— Więc ona.