— Zaraz. Otóż z końcem tygodnia umówiliśmy się, że następnej niedzieli ona się postara, aby cały dzień mieć wolny, i że go przepędzimy razem na górze, we Fiesole. Mieliśmy się spotkać w Carcino, gdyż ona gdzieś w tamtej okolicy mieszkała.

— Do rzeczy, do rzeczy!

— Przyszła nieco przed południem, jak poranek wiosenny. W lekkiej sukience, ze śmiejącymi się radością życia oczyma, z ustami nabrzmiałymi żądzą całowań...

— I tak dalej, i tak dalej! Już sobie resztę wyobrażam.

— Jeśli pani będzie wciąż przerywać, to nic nie powiem.

— Już słucham i milczę.

— Wzięliśmy powóz. Cieszyła się jak dziecko, w pięknym, lśniącym powozie, widząc przed sobą wyciągniętym kłusem biegnące konie. Dzień był wrześniowy, cudny, kiedy to — pani wie — nowa wiosna spada na Toskanię. Jechaliśmy, a potem, pragnąc ruchu użyć, szliśmy już piechotą po wijącej się w górę drodze, pomiędzy murami ogrodów, ponad które wyglądały późne, jesienne róże i dojrzewające grona winorośli. Karłowate, przysadziste figi gięły się od nadmiaru owoców, złoto-zielonych, szarych i fioletowych, na drzewach oliwnych wśród smutnych, srebrzystych liści lśniły jak perły niedojrzałe jeszcze oliwki...

— Czyście się zajmowali wyłącznie pięknością tego krajobrazu?

— Zgadła pani — po części. Gdyż dopełnieniem tego cudnego świata była mi ona. Dzieliłem się z nią zerwanym z drzewa owocem, wilgotne usta jej całując...

— Bardzo poetyczne. Ale czy nie złapał was przy tym zrywaniu owoców jaki ogrodnik?