— Jest pani bardzo prozaiczna, a nawet nie pozbawiona pewnego, że tak powiem, cynizmu. Zresztą pani wie, że w bajkach z wszystkich ogrodów wolno korzystać.
— Więc to jest bajka?
— Poniekąd. Bajką mi się to przynajmniej wydało, kiedy siedliśmy razem, tam, na górze, na kamiennej ławce przed starym fezulańskim klasztorem i patrzyliśmy pomiędzy ramy smukłych, czarnych cyprysów na Florencję piękną i dumną w dole, podobną zaiste do gwiazdy, jaką była w czasach Odrodzenia, rozsiewając blask swej sztuki i wiedzy na cały krąg świata. Nie mówiliśmy wtedy nawet wiele do siebie. Ona dziecięcym ruchem gładziła moją rękę i przytulała mi się do ramienia, a mnie było tak dobrze, tak dobrze i cicho... W duszy miałem wdzięczność dla niej niewysłowioną...
— I uwiódł ją pan naturalnie z wdzięczności!
— Ach, pani droga, to zwykły porządek rzeczy. Niech pani tylko pomyśli, że po drugiej stronie wzgórza, na którym siedzieliśmy, rozciągała się inna cudowna dolina, a gdyśmy w nią wzrok zapuścili, wśród złotej śreżogi150 widać tam było cyprysami ocienioną, białą willę Podere della fonte, gdzie ongi Bokacjusz151 umieścił swe towarzystwo z Dekameronu. A zresztą, właściwie nigdy nie wiadomo, kto jest uwodzącym, a kto uwiedzionym.
— Bardzo wygodna teoria dla uwodzicieli.
— Czy mam mówić dalej?
— Pod wieczór poszliśmy na obiad do hotelu, zdaje się jedynego, jaki jest we Fiesole, postawionego tuż na skarpie, skąd droga w dół spada, z cudnym widokiem na całą dolinę Arno i rozbłyskujące już wieczornymi lampami miasto. Kazałem obiad podać w ogrodzie... W dole przechodził jakiś robotnik, śpiewając tęskliwie: „O Italia, giardino del mondo...”152 Piliśmy wino. Podsuwałem jej pierwszej półmiski, nalewałem jej szklankę i służyłem jak damie. Promieniała weselem i radością. Bawiło ją to zwłaszcza, że chytry cameriere153, podając potrawy, tytułował ją całkiem poważnie „signora”154, jakoby moją żonę. Za każdym razem ściskała mi nieznacznie palce pod obrusem i mówiła do mnie przy służącym ostentacyjnie „ty”.
Wieczór był cudowny, a wino dobre i tęgie. Miałem zupełne złudzenie, że ją kocham, tę małą włoską dziewczynę, która przy mnie siedziała.
— Nie wiele panu snadź potrzeba!