— Czy i to będzie z wierzchu sklepieniem nakryte? — pytam profesora.

Potrząsa głową.

— Nie. Przestrzeń zbyt wielka. To już zostanie otwarte.

Wyrażam żal, że zniszczono przestrzeń domu flawiańskiego.

— Trudno — powiada. — Zobaczy pan, cośmy natomiast zyskali.

Pod aulą labirynt krzyżujących się murów. Odwieczny jakiś dom republikański, surowy, o skromnych rozmiarach, przecięty parterowymi ścianami domu z czasów Augusta, zdobnymi już marmurem i malowidłami, z połamaną przy zasypywaniu posadzką, a przez to wszystko idzie potężny betonowy fundament cesarskiego gmachu Flawiuszów... Pod atrium odkrycia najbogatsze: zasypany przez Domicjana dom z późniejszej augustiańskiej epoki, pełen już przebogatych marmurów, z resztkami barwnej posadzki z „opus sectile marmoreum214. Ślady fontann domowych, ołtarzy, głowice kolumn rzezane, marmurowe okłady ścian i fryzy rzeźbione, po kilkunastowiekowym ukryciu na światło dobyte.

Dwie godziny blisko oprowadzał nas profesor Boni, objaśniając każdy szczegół, opowiadając historię jego odnalezienia, zwracając uwagę na rzeczy ciekawsze lub znamienniejsze. Z zadziwiającą iście przenikliwością z zaledwie widocznych śladów rekonstruował dawne budowle żywo w naszej wyobraźni, krasząc barwne opowiadanie cichym, jasnym uśmiechem zadowolenia, że mu się to wszystko znaleźć i mądrze odkryć, a w całość powiązać udało.

Zaczęliśmy robić domysły, do kogo te, zmartwychwstałe dziś domy przed wiekami mogły należeć. Profesor uśmiechnął się tajemniczo.

— Wszystkiego dociec niepodobna — rzekł. — To już wielkie szczęście, jeśli jednego lub dwóch historycznych właścicieli da się odszukać...

Zamilkł, ale miałem wrażenie, że odszukał już imiona tych mieszkańców, jeno nie chce się przedwcześnie zdradzać ze swym odkryciem...