Właściwie każde wyobrażenie jest twórcze, jako synteza poszczególnych wrażeń zmysłowych, obecnych albo odtworzonych w pamięci. Bo nareszcie tworzyć nie znaczy nic innego, jak tylko syntezować dane rzeczywistości w taki sposób, że powstaje z nich jedność nowa, znacznie więcej wyrażająca, niżby wyrażała prosta suma składających się na nią pierwiastków. Tego pojęcia syntezy i tworzenia nie będę Ci tu obszerniej rozwijał: jeżeli chcesz sobie przypomnieć, jak to rozumiem, to weź w rękę moje Prolegomena. — Nie o tę najpierwotniejszą twórczość jednak chodzi w sztuce. Wystarczała ona na pierwszym, przedwstępnym szczeblu rozwoju sztuki, gdzie wszystko jeszcze było względnie nowe, gdzie każda synteza wrażeń, każde wyobrażenie, jeśli w nim tylko uderzał jakiś niezauważony odtąd szczegół, mogło się stać ideą dzieła, psychologiczną pobudką, dostateczną ilość energii w sobie zawierającą, aby doprowadzić pomysł do wykończenia i urzeczywistnienia. W miarę postępu sztuka nie zadowalała się takim uzmysłowianiem i narzucaniem otoczeniu zbyt prostych idei; coraz więcej zaczynało chodzić nie o tę rzeczywistość wszystkim dostępną i znaną, a przeto „nieciekawą”, lecz o nową rzeczywistość, w jednym ludzkim duchu dopiero stworzoną i jeszcze nie powszechną, o nowe ustawienia wyobrażeń lub o wykrycie w starych nowego, przeoczanego dotąd horyzontu. Dodać trzeba, że i dusza ludzka, ta synteza otaczających człowieka rzeczywistości, coraz więcej się komplikowała i bogaciła, znajdując w samej treści swej i w swoim sposobie patrzenia na zjawiska nowe idee dla sztuki. W ten sposób pierwiastek twórczy coraz wyraźniej wybija się i zaznacza coraz silniej jako zasadniczy czynnik sztuki. Artyści zaczynają nie tylko gotowy świat na zawołanie w umysłach ludzkich uprzytomniać, ale nadto sugerować im nowy, swój własny, przez siebie stworzony, a nie mniej od znanego powszechnie rzeczywisty. (Bo zważyć należy, że cały świat jest sumą wyobrażeń i nie ma dobrej racji, aby przyznawać wyższy stopień rzeczywistości tym, które są powszechniejsze, a nie tym, co są bogatsze...) Było to, jakby na powierzchni morza tworzyły się fale i treść swą następnie naokół rozlewały... Artyści — twórcy stwarzają nowy świat i rozdzielają go w dziełach otaczającym ich ludziom.

Stąd też nie jest pozbawione pewnej racji zdanie, że sztukę stworzyło niezadowolenie ze świata obecnego, tylko trzeba je brać z mnóstwem zastrzeżeń, gdyż przede wszystkim stosować się to może dopiero do późniejszego okresu w rozwoju sztuki, a następnie niezadowolenie ono błogosławione stworzyło nie tylko samą sztukę, lecz w ogóle cały postęp, stając się pobudką również do badań, wynalazków i społecznych udoskonaleń, a nawet przyczyniło się do powstania religii, jako wyrazu tęsknot metafizycznych człowieka.

Pierwiastek twórczy ma największe pole do działania w pierwszej fazie pomysłu, w koncepcji idei i tu też najsilniej się uwydatnia, choć nie jest czynnikiem jedynym ani wyłącznym. Idea przed ostatecznym usymbolizowaniem musi być jeszcze dokładnie poznana, a to jest już rzeczą analitycznej pracy myślowej. Nie wystarczy powziąć wielki zamiar, trzeba jeszcze wiedzieć dokładnie, co się chce zrobić...

Jednak i usymbolizowanie nie jest pozbawione momentu twórczego. Ta transpozycja nie jest taka prosta, jakby się mogła wydawać! Od wyobrażenia biegnącego jelenia do wyobrażenia rysunku na kości, który ma to samo wyobrażać, jest już długa droga, a cóż dopiero tam, gdzie idea dzieła jest bez porównania więcej skomplikowana i mnóstwo różnych momentów zawiera! — Weźmy przykład względnie prosty. Malarz ma zamiar namalować krajobraz. To znaczy, ma na początku wyobrażenie widzianej, przypuśćmy, okolicy... Linie, barwy, kształty, światła, oddalenie — to są momenty, które zsyntezował w swym umyśle w pewną całość, z których stworzył sobie ideę dzieła... Ale czyż tylko to? Równocześnie mógł być upał lub zimno, mógł wiatr poruszać drzewami, mogły pachnąć kwiaty, ptaki śpiewać w zaroślach... I więcej. Artysta może rozmawiał z kimś przed chwilą, zdarzył mu się jakiś wypadek, który go wprawił w pewne usposobienie, był smutny albo wesoły, przygnębiony lub pełen radości życia — i dopiero z tego wszystkiego, ze zjednoczenia tych oddziałujących wzajemnie na siebie najróżnorodniejszych momentów stworzył ideę swego dzieła! — A w domu ma do rozporządzenia pewną ilość farb i białą płaszczyznę płótna... I z tych bez porównania mniej licznych i rozlicznych momentów, z wyobrażeń barwnych plam i kształtów na płaszczyźnie ma teraz zawiązać syntezę, stworzyć symbol, który by wyrażał to wszystko, co w jego idei było. Gdy obraz będzie namalowany, ma patrzący nań widz nie tylko rozpoznawać zarysy i barwy przedmiotów, ale czuć także żar słońca, zapach kwiatów, ptaków śpiew czy świst wichru, czuć radość, tęsknotę albo smutek, słowem to wszystko, co się na wytworzenie idei złożyło i było w niej zawarte. Rzecz prosta, że dokonać tego może artysta tylko przez odpowiednie zestawienie, zsyntezowanie pierwiastków, jakimi rozporządza: linii i barw, gdyż tylko w tym wypadku mogą one, zjednoczone w całość, wyrażać więcej, niż w nich się zawiera bezpośrednio. Odpowiednie zestawienie zielonych plam o pewnej wielkości i kształcie przestaje być prostym zestawieniem barwnych plam i narzuca już wyobrażenie drzewa, odpowiednie rozmieszczenie tych namalowanych drzew w krajobrazie może być nie tylko lasem, ale budzić także uczucie osamotnienia, tajemniczości, cienistego chłodu i tak dalej. A to zestawianie, łączenie danych pierwiastków w nową i więcej wyrażającą jedność syntetyczną jest właśnie tworzeniem...

To tworzenie symbolu jest mniej bezwzględne niż tworzenie samej idei, gdyż jest, jeśli się tak można wyrazić, tworzeniem na dany temat. Idea wyrastała z pewnych pobudek, niczym niekrępowana, jak tylko własną swą treścią wewnętrzną — symbol musi się do tej idei stosować, musi ją właśnie wyrażać w sposób artystyczny, to znaczy najdokładniejszy i najwięcej świadomości innych ludzi ją narzucający.

W trzecim stadium, jakie pomysł przechodzi, w sprecyzowaniu symbolu, pierwiastek twórczy najmniejszą rolę odgrywa. Chodzi tu już raczej o umiejętne rozpoznanie wartości pewnych środków ekspresji i właściwe ich zastosowanie. Tego właśnie uczą się malarze i muzycy w szkołach. Uczą się tam także jeszcze czegoś innego, mianowicie sprawności w technicznym wykonaniu dzieła: gry na jakimś instrumencie, władania pędzlem lub dłutem (poetów powinni by uczyć deklamacji i gry aktorskiej), czyli kunsztu do urzeczywistnienia sztuki koniecznego — ale to już jest rzecz inna, o której później z Tobą pomówię.

VII

Nie, mój drogi, tak nie jest, jak myślisz. Bynajmniej nie utrzymuję, jakoby nie można było mówić oddzielnie o treści i o formie dzieła; powiedziałem tylko, że po największej części ludzie używający tych wyrazów nie zdają sobie dość jasno sprawy z tego, co nazywają treścią, a co formą i stąd powstaje zamieszanie pojęć i sądów. — Treść od formy mogę w ścisłym tego słowa znaczeniu oddzielić przez abstrakcję, na przykład u kuli bilardowej, gdzie nazwę sobie treścią materiał, z jakiego jest zrobiona, formą zaś kształt geometryczny, który posiada... Mogę to wreszcie zrobić, mając do czynienia z dziełem naukowym, gdzie mam prawo osobno rozważać to, co jest w nim powiedziane, od tego, jak to powiedziane zostało, ale w dziele sztuki taki podział jest trudniejszy. Zważ tylko, że tak, jakeśmy sprawę postawili, właściwy moment artystyczny leży właśnie w pewnym sposobie wypowiadania rzeczy: wyrazistym i narzucalnym.

Do tego miejsca autor doprowadził rękopis. Przerwana tu myśl wymagała jeszcze dalszego rozwinięcia, okoliczności jednak, wymienione w przypisie na str. 197, 8 i 9, nie pozwoliły na to, co zniewala wydawców do wypuszczenia książki w postaci okaleczonej. Czynią to jednak w całkowitym przeświadczeniu, że ocalając ten fragment od możliwej zagłady, spełniają swój obowiązek wobec pamięci poety i wobec piśmiennictwa ojczystego.

Przyp. wydawców.