— No tak, ale potem, gdy odprowadzisz żonę do domu...

— Będzie już późno. Przejrzę notatki na jutrzejszy wykład i pójdę spać.

— Pójdź ze mną do kawiarni... — Wymienił nazwę niedawno otwartego nocnego lokalu. — Jest parę tancerek naprawdę nadzwyczajnych... Możemy się zabawić doskonale.

— Czyż cię to bawi rzeczywiście?

— Moje złoto, i cóż mam robić? Co prawda to szkodzi mi nawet, zwłaszcza, że pije się zwykle dosyć dużo. Nie jestem już z sercem w zupełnym porządku. Ale ostatecznie spotka się kilku ludzi... Wszystko jedno zresztą!

— Więc na co? Po co?

Twarz Krasołuckiego osowiała, zdawało się, że się postarzał naraz o dziesięć lat.

— Nudzę się.

— Nudzę się, rozumiesz to? — powtórzył tonem bezradnej rozpaczy. — I co ja mam robić przez cały dzień, mając za jedyne towarzystwo mego służącego? Przyjmuję chorych i śmieję się z tego, bo przecież w całą tę medycynę naszą nie wierzę, a przy tym wcale na cyrulika nie jestem stworzony, potem czytam, potem gram trochę na fortepianie, odwiedzę kogo czasem albo idę do teatru, na koncert... Ale wszystko jest nudne, a ja nie mam domu, a wieczór jest długi, długi!... Z tymi zaś ludźmi, z którymi się schodzę, mój Boże! Przecie nikt na trzeźwo mówić nie zdoła: nazbyt są głupi!

— Więc po pijanemu! — uśmiechnął się Butrym.