— A naturalnie. Wtedy stajemy się sobie równi. Pijaństwo jest najbardziej demokratycznym wynalazkiem, jaki znam i jedynym demokratycznym i demokratyzującym wynalazkiem, który uznaję.
Wionęła poprzed nimi smukła postać niewieścia z szumem lśniących pereł na czarnej fali włosów.
— Patrz, patrz! Księżna Helena! — ożywił się Krasołucki. — Wygląda zawsze jeszcze bosko. A ileż ona to będzie miała lat? Czekaj... No, no, coś tam pono niewiele do czterdziestki brakuje, jeśli w ogóle brakuje jeszcze co.
— To jeszcze niewiele...
— Moje złoto, dla niej to wiele. Wiem przecie, że sobie nigdy niczego nie żałowała. Dziwię się, że ją w ogóle jeszcze przyjmują po tylu skandalach. Ale to chytra kobieta! Znalazła sobie nowy tytuł towarzyski, gdy zauważyła, że majątek po nieboszczyku księciu Hazarapelianie i piękność nie wystarczą. Artystka! Wielka artystka od dwóch lat. To tak, jakby w nową skórę wlazła. Ach, widzisz? Rozmawia z twoją żoną.
— Znają się właściwie bardzo niewiele.
— Mam wrażenie, że księżna nie może pani twojej darować, że jest tu dziś pierwsza i tak otaczana... Patrz, jak się słodko uśmiecha, ręczę, że powie jej coś nader przykrego.
Butrym powstał.
— Nie sądzę — rzekł z roztargnieniem i spojrzał na zegarek. — O! Późno już jest. Spytam się żony, czy nie zechce iść do domu.
Krasołucki podawał mu rękę, nie wstając.