Stanął nad łóżeczkiem i zadumał się.
Chłopak spał z przechyloną na bok głową, z jasnymi, krętymi i bujnymi włoskami, rozsypanymi w krąg na białej poduszce. Był w tej chwili przedziwnie do matki podobny. Profil jego, dziecięco jeszcze zaokrąglony, nabierał już z wolna subtelnej i delikatnej linii macierzystej, szczęki rozwijały się silnie w energiczny podbródek i włosy miał tak samo jasne i faliste, tak samo jak ona. Czoło jeno było odmienne: ojcowskie czoło szerokie w skroniach i równo ku górze sklepione...
Zacisnął piąstki obie, jedna wraz z pulchnym ramieniem, wysuniętym z rozpiętego rękawa koszulki, leżała obok głowy na poduszce, drugą przyparł do piersi jakimś energicznym i stanowczym ruchem. Butrym, schyliwszy się nieco, dostrzegł, że trzyma w niej małego ołowianego żołnierza, którego upodobał sobie nie wiadomo dlaczego najwięcej z całego pudełka i nawet w nocy się z nim nie chciał rozstawać.
Postawił świecę na stole i usiadł. Przypomniało mu się, z jaką tęsknotą niegdyś przyjścia na świat tego dziecięcia oczekiwał i jak to może był jedyny okres, kiedy żona jego z bezbronnym i pełnym ufności oddaniem się głowę o jego ramię opierała.
Nie zawsze, nie zawsze! Były i takie dni, że zamykała się w sobie i siedziała całymi godzinami zapatrzona w dal, przerażona niemal tą tajemnicą życia, która się w niej rozwijała bez udziału jej woli i świadomości.
— To takie straszne! — mówiła raz — czuję, że, to nie ja wydaję dziecko na świat, ale natura wybrała mnie po prostu za środek, aby pełnić swoje dzieło i nową istność stworzyć bez względu na to, czy to dobre jest dla mnie, czy nie...
Objął ją wówczas ramieniem. Usunęła się od niego.
— Odejdź, odejdź! Ludzie się kochają czy szaleją za sobą, czy też po prostu tylko ze sobą żyją, nie myśląc o niczym, a przyroda tymczasem tak podstępnie zakrada się i korzysta ze sposobności, aby tworzyć, tworzyć, tworzyć!
— Czyż to nie jest właśnie cudowne? — rzekł.
Ruszyła ramionami.