Oto zrobił ostatni, heroiczny wysiłek i wysłał żonę na kilka tygodni samą w świat, między ludzi, w okolicę nadmorską, o tej porze najbardziej życiem tętniącą, w tej nadziei, że inną, więcej ożywioną powróci, gdy wśród tych wszystkich zabaw i wspaniałości zatęskni do domu i dziecka, może i do niego... Czekał od niej dobrego słowa, wyrazu cieplejszego, czegoś zresztą niespodziewanego, czego nie umiał nazwać sam.
I oto co miał od niej: dwa czy trzy listy krótkie, pobieżne i przykre i w końcu tę kartkę, leżącą teraz przed nim na biurku, w której niby łagodnie, a przecież brutalnie odtrącała jego towarzystwo, z którym się — może zbyt pośpiesznie? — zaofiarował, zatęskniwszy za nią wpierw, niż ona za nim i więcej, niźli się sam spodziewał.
Ten łańcuch myśli jego, codziennie od nowa aż do tego punktu snuty, urywał się tutaj na jakimś posępnym i niezmiernym ciężarze. Koniec. Dalej nie może być już nic. Nigdy nie będzie inaczej. Trzeba prowadzić nadal życie dotychczasowe, z pozornym swobodnym, szczęśliwym uśmiechem na twarzy i jeno nie okazać, nie okazać, na miły Bóg! że to tak strasznie boli!
Stawał przed tym wynikiem myślenia swojego jak przed żelazną ścianą i szukał jeno miejsca, gdzieby się na niej wygodniej oprzeć czołem, wiedząc, że nie pójdzie już dalej i stąd się nie odwróci, lecz zostać tak musi na zawsze, na zawsze!
Za ból jednak swój, za to, co — słusznie czy niesłusznie — jako krzywdę swą odczuwał i rozumiał, wzbierał w duszy tępą nienawiścią do tej ukochanej nad wszystko kobiety i tak ślepą, że nie umiałby się już dopatrzeć, co było własną jego winą w tym wszystkim, co się stało, a co losu przypadkiem, a co wreszcie jej rzeczywistym zawinieniem...
Budziły się w nim wprawdzie w pewnych momentach niejasne przeczucia, że ona właściwie nie jest niczemu winna, bo w niczym nie chciała źle, i że jeśli w ogóle o winie może być mowa, to on sam raczej wszystko złe swoim nierównym postępowaniem sprowadził, i tym, że jej jako kobiety nigdy zrozumieć, nie zdołał, ale przytłumiał owe przebłyski z niechęcią, podejrzewając w nich objaw zwykłej słabości mężczyzny wobec kobiety i płynącej z niej ochoty do obwiniania się i kajania w idiotycznej tak zwanej „wspaniałomyślności” wobec rzekomo słabszego stworzenia.
Zaciekł się więc i zaciął w sobie zgoła dziecinnie. Na list żony nie odpowiedział wcale i postanowił nie pisać więcej, a gdy nadejdzie pora jej powrotu, wyjechać dniem wprzódy samotnie na kilka tygodni w świat, nie zawiadamiając jej o tym.
Tak postanowił i ukrywał w dłoniach twarz i palce gryzł, aby nie płakać i nie powtarzać: Zośka, Zośka, dobra bądź! Ja ciebie tak kocham...
Wróciwszy do domu nieco później niż zwykle, Butrym przeszedł na chwilę jak zawsze do dziecinnego pokoju, ze świecą tylko w ręku, aby zapaleniem światła elektrycznego nie rozbudzić śpiącego już syna.