Ruszył ramionami.

— To już wszystko jedno. Wiem tylko, że w tej walce zaczynam przegrywać...

Myśl podsunęła mu słowo: przegrałem, ale nawet szeptem nie zdołał go wypowiedzieć.

Wzbierał w nim żal coraz okrutniejszy, coraz bardziej głęboki i mściwy. Przypomniał sobie dni i tygodnie, i miesiące, o których nie tylko mówić przed nikim głośno nie zdołał, ale nawet bał się w samotności myśleć jasno, tak mu było wstyd, że je musiał znieść i przetrzymać. Właściwie — na pozór — żona żadnej mu nie zrobiła krzywdy, a jednak całe zachowanie się jej wobec niego, który jej przecież był najbliższy, było jedną obelgą, jednym ciągłym i nieustannym ranieniem jego uczuć, jego duszy, istoty jego całej. Bez żadnego widocznego powodu przechodziła koło niego tak jak koło kawałka drzewa, niczym jej były wszystkie jego myśli, praca jego życia. Udawał początkowo, że tego nie widzi, później usiłował pokonać jej obojętność tym większą ze swej strony miłością i dobrocią, wreszcie — gdy to nie skutkowało — zaczynał wybuchać, były dni i godziny, że znęcał się nad nią słowami aż do okrucieństwa, poniewierał w zupełnie głupi sposób jej godność i miłość własną z jakąś nieświadomą, dziecinną nadzieją, że gdy ona pocznie krzyczeć z bólu, on w tym krzyku usłyszy jednak coś, co nie będzie ową zabijającą go obojętnością.

Wszystko jednak było zarówno zupełnie daremne. Gdy obojętność sam udawał, pani Zośka zdawała się tego wcale nie spostrzegać, raczej jakby zadowolona z takiego stanu rzeczy, serdeczność jego także przechodziła bez wrażenia, co najwyżej miał za nią czasem w zapłacie grzeczny uśmiech powierzchownej wdzięczności, jeżeli w ogóle raczyła zauważyć, że on jest dla niej serdeczniejszy niż zwykle. Daleko częściej nie widziała tego zupełnie i nie zmieniała w niczym swego postępowania, albo — co gorsza — okazywała wprost, że ją nudzi i nuży to „śmieszne jego nadskakiwanie...”

Uczucie krzywdy bolesne i dzikie wzbierało w sercu wtedy i kotłowało się, ale i wybuchy nie prowadziły do niczego. Pani Zośka słuchała ich początkowo obojętnie, ruszając jeno55 wzgardliwie ramionami, potem zaczynała się uśmiechać swoim zwyczajem nerwowo irytująco, a gdy w końcu czasem wybuchnęła płaczem, to łzy jej nie były nigdy niczym innym, jak tylko wyrazem zdenerwowania i prawie fizycznego jeno umęczenia.

Och! Jakże często i jak strasznie pragnął usłyszeć z ust jej skargę, wyrzut: „Czemu ty taki jesteś dla mnie niedobry? Dlaczego się nade mną znęcasz?”. Byłby jej wtenczas do nóg padł, byłby ręce całował, ustami łzy osuszał z twarzy i przepraszał ją, i szalał z radości, że jej jednak na tym zależy, żeby on był inny dla niej!

Ale nic z tego wszystkiego, nic, nic. Po sprzeczkach odchodził do swego pokoju, nie mając żadnego pretekstu do pogodzenia się, do przyciśnięcia ust do jej ręki, czego tak strasznie, tak obłąkanie pragnął! I zły był na siebie, i męczył się i nadsłuchiwał, czy kroków jej zbliżających się nie posłyszy, i z równym natężeniem myśli, z jakiem oddawał się obliczaniu gwiaździstych dróg na niebie, usiłował wyszukać jakiś śmieszny, dziecinny pozór, aby wejść jeszcze do jej pokoju i ręce do niej wyciągnąć i powiedzieć to, co ciągle miał w sercu, gdy ustami mówił jej rzeczy przykre: Zośka, Zośka! Przecież to wszystko dzieciństwo! Czemuż my się tak dręczymy?

Odkrywał często nowe drogi gwiazd na niebie, ale takiego pozoru wynaleźć nie umiał, więc nie mogąc się zdobyć na serdeczne słowo bez pozoru, uciekał z domu albo kładł się spać i budził się nazajutrz z bolesną i ciężką pamięcią tego, co zaszło... A ona, gdy się rankiem spotkali, mówiła z nim tak jak zawsze uprzejmie, obojętnie, chłodno o sprawach codziennych, jak gdyby wszystko było w najzupełniejszym i naturalnym porządku.

A ludzie naokół, gdy ich spotykali razem, wesołych i uśmiechniętych, gdy patrzyli w słodkie, dobre oczy pani Zośki, gdy widzieli jej spokój i swobodę, i jasność, którą ze siebie wypromieniować umiała, zazdrościli mu powszechnie wyjątkowo szczęśliwego domowego pożycia!