— Nie. Przede wszystkim upokarza mnie to i poniża jako człowieka, jako kobietę. Przecież ja o tym dziecku wcale nie myślałam, ani nie chciałam go, a wydać je na świat muszę. A po wtóre, do czego zmierza to tworzenie ciągłe i ustawiczne nowych bytów nie wiadomo na jaki los? Jaką poniewierkę? Jaką krzywdę życia?

Nie kochała dziecka, które miało przyjść na świat, miłość jej macierzyńska zbudziła się dopiero z pierwszym jego krzykiem i wzrastała w miarę, jak się rozwijało i rosło, aby dojść wreszcie do zupełnego zaparcia się siebie samej dla niemowlęcia.

Ale i to było u niej dziwne i skomplikowane. Myślą ciągle przy dziecku, nie zaniedbała go nigdy dla żadnej zabawy ani rozrywki, nie pozwoliła się nikomu przy nim wyręczyć, po nocach, na pierwsze poruszenie się malca w kołysce, nim piastunka zdążyła oczy otworzyć, ona była już przy nim na nogach, wyrzekała się snu, towarzystwa, pracy swojej, wszystkiego, ale robiła to wszystko bez wewnętrznego zadowolenia, bez rzeczywistego szczęścia macierzyńskiego.

Butrym patrzył na to i dziwił się, bo sam nie czułby się zdolnym do takiego zupełnego poświęcenia się dziecku, choć zdawało mu się, że je więcej kocha niż ona. Dziwił się tak, jak się poprzednio dziwił, nim się chłopiec narodził, że ona nienarodzonego nie kocha i nie pragnie. I wówczas nawet robił jej z tego nieraz gorzkie a śmieszne wyrzuty, wówczas, gdy ona — słaba i ociężała — najwięcej owszem dobroci jego i delikatności potrzebowała.

Przypomniało mu się to teraz znowu, gdy patrzył na śpiącego syna.

— Kto wie, czy nie tam właśnie leży największa część mojej winy? — szeptał do siebie. — Gdybym wtenczas był inny...

Ach, Boże! Śmieszne rozpamiętywanie rzeczy minionej i niepowrotnej. Stało się. Zresztą ona też nie jest bez winy. Czemu zawsze i wszystko mówić głośno, gdy się może wiedzieć, że to kogoś drugiego rani? Że mu się to musi wydać potwornym?

A jednak ta kobieta przecież dała mu największe szczęście życia, wbrew własnym chęciom, z własną nawet może ofiarą: tego oto malca jasnego, który śpi w tej chwili tak cicho z ołowianym żołnierzem w zaciśniętej piąstce...

— A gdyby... a gdyby?...

Jakaś niewyraźna nadzieja zaczęła się budzić w sercu Butryma. Przecież w tym nie ma żadnego niepodobieństwa! Gdyby tak jeszcze kiedy przedziwna opatrzność zrządziła... Och, Boże! Żeby zobaczyć jeszcze na jeden moment tu jej wzrok, szukający w nim oparcia, poczuć na ramieniu jej dłoń bezbronną, słabą!... Wówczas nie umiał cenić swego szczęścia, tak głupio się zachowywał, psuł wszystko brakiem wyrozumiałości i tym wrodzonym sobie popędliwym usposobieniem. Dziś byłoby inaczej, dzisiaj naprawdę nosiłby ją na rękach, klęczałby u jej nóg, zniósłby wszelką niesprawiedliwość, wszelki kaprys, wszystko! Byłby tak dobry, tak dobry dla... niej, że musiałaby wreszcie odczuć i zrozumieć... i powoli życie ich ułożyłoby się inaczej, tak jak od początku ułożyć się było powinno.