Wsparł ręce złożone na poręczy dziecinnego łóżeczka i czoło do niej przycisnął.
Marzył o możliwości posiadania drugiego dziecka jako o ostatnim ratunku w tej topieli, w którą zapadł już bez rady i nadziei ocalenia. Śniły mu się jakieś słodkie wieczory, wespół z żoną spędzane w zacisznym pokoju, rozmowy długie, prowadzone półgłosem, przechadzki we dwoje, uśmiechy, pokrywające wszystko, co było złe, i dnie oczekiwania, i dnie radości... A potem, potem dwoje dzieciaków, bawiących się razem w tym pokoju, gdzie teraz Jacek pod opieką służącej długie godziny przepędza i ich dwoje, pogodzonych wewnętrznie, zjednoczonych, patrzących z cichym uśmiechem na ustach na dziecięce zabawy.
Jacuś się zbudził.
— To tatuś jeszcze nie śpi? Przecież jest noc.
— Idę zaraz spać, synku. Chciałem ci tylko dobranoc powiedzieć.
— A o co tatuś płacze?
— Ależ... to ci się tylko zdaje. O cóż bym ja płakał?
— Może dlatego, że mamusi nie ma?
— Tak, może dlatego... Ale właściwie to wpadło mi tylko coś do oka. Śpij już, śpij...
— Zaraz będę spał. A gdzie jest ten niedźwiedź?