„Moja Ty droga, Ty jedyna! Chciałbym jakim sposobem zmusić Cię, abyś w tej chwili była myślą przy mnie, tak ja jestem przy Tobie. Po co my się tak strasznie męczymy wzajemnie, kiedy właściwie nie powinni byśmy mieć sobie nic do zarzucenia? Troszkę dobrej woli z jednej i z drugiej strony, a byłoby tak jasno i tak szczęśliwie! Czy to tak trudno zdobyć się na odrobinę dobrej woli? Czasem mam po prostu wrażenie, że jesteśmy dwojgiem całkiem głupich dzieci, które z błahego powodu nie chcą się bawić razem, choć mają do tego ochotę, i boczą się na siebie, i rozżalają się coraz więcej, aż wreszcie naprawdę mogą się zacząć nie znosić... Zośka! Nie powiem ci nawet o czym dzisiaj myślałem, siedząc przy łóżeczku Jacka. Wiem, że gniewałabyś się na mnie, gdybym powiedział, a jednak zdaje mi się, że to, com myślał, byłoby jedynym dla nas ratunkiem... Dla nas obojga, Zośka, bo i Ty nie jesteś szczęśliwa w tych stosunkach, które się nie wiadomo kiedy i z czego wytworzyły. Ale nie mówmy już o niczym. Daj mi ręce swoje i jeśli Ci to nieprzyjemnie, że ja je całuję, tak bardzo, tak bardzo całuję, to nie daj przynajmniej poznać po sobie. Gdy się człowiek przyzwyczai uśmiechać, to wreszcie robi się naprawdę wesoły. A wiesz, do czegośmy się przyzwyczaili? Oto do tego, aby okazywać, że nam nie jest dobrze ze sobą, a to nieprawda, po tysiąckroć nieprawda! Jeśli nie jest dobrze, to mogłoby jednak być tak strasznie dobrze, gdybyśmy tylko chcieli. Gniewam się teraz na Ciebie i wmawiam w siebie czasami, że Cię nienawidzę po prostu dlatego, że Cię tak strasznie, strasznie kocham! Nie wiem już sam, co mam robić, aby dobrze było. I nie wiem wreszcie, po co ja to wszystko piszę, bo przecież tego listu i tak nie wyślę do Ciebie”.

Wstał, przedarł papier i rzucił do kosza.


W kawiarni spotkał naturalnie doktora Krasołuckiego.

— Myślałem już, moje złoto, żeś umarł, nie zawiadomiwszy mnie nawet o dniu swojej śmierci — rzekł grubas na przywitanie. — Gdzieżeś to tkwił przez tyle dni, że cię nawet ujrzeć nigdzie nie było można?

— Pracowałem.

— Ciągle ten twój Firdussi?

— Poniekąd tak... i on mi trochę czasu zabiera — odparł, siadając — ale wiesz, że coraz więcej zniechęcam się do niego.

— Łże? To kopnij poniżej grzbietu...

— Nie wiem, czy łże. Zdaje mi się, że nie. Drażni mnie to jednak, aby być w ten sposób na usługach nieznanej sobie siły.