Doktor Krasołucki spoważniał.

— Moje złoto, ciągle i nieustannie jesteśmy wszyscy na usługach nieznanych sił. Chodzi tylko o to, aby je wyzyskać... Przypatrz się tej szklance, powiadasz, że to jest szampan? Niewątpliwie, o ile mogę wierzyć memu dość w tym kierunku wyrobionemu smakowi. Ale ty także zajmujesz się chemią i mógłbyś mi mniej więcej dokładnie określić skład tego płynu, wymierzyć zawartość alkoholu i tak dalej. Powiedzże mi jednak, moje złoto, dlaczego ten alkohol, dostawszy się z krwią do mózgu, sprawia, że ja się robię wesoły?

— Na to ty sam, jako lekarz, mógłbyś odpowiedzieć.

— Tere-fere! Głupstwo, moje złoto. Powiedziałbym ci tylko bajkę o tym, jak pewne centra nerwowe zostają czasowo porażone, inne zaś podniecone, ale co z tego wynika? Dlaczego ja jestem wesoły? Do kroćstu piorunów, dlaczego jestem wesoły?

Wychylił omawianą szklankę do dna i postawił ją z hałasem na stole. Potem zwrócił się znów do Butryma:

— A wiesz, że naszą Tourbillonkę szlaczek trafił?

— Co? Jak? Gdzie?

— A tutaj, parę dni temu. Przychodzę sobie o dosyć wczesnej godzinie, było około czwartej... z rana, aż tu zbiegowisko, hałas, telefonują na stację ratunkową. Wiesz, że takich awantur nie lubię...

— Tak, i natychmiast biegniesz z pomocą pierwszy, a ostatni schodzisz z placu.

— Ale klnę, jak cię kocham, moje złoto, że w duszy klnę! Otóż i wtedy... w gabinecie — patrzę: leży nieprzytomna, tak, jak tańczyła. Ktoś tam ją zlewa wodą... Nie miałem lanceta56, scyzorykiem puściłem krew; robiliśmy sztuczne oddychanie z jakimś smarkaczem z uniwersytetu, który się nawinął. Długo to trwało...