I nagle zaczął kląć głośno:

— A żeby to wszyscy diabli wzięli! Dosyć człowiek ma swoich kłopotów, a jeszcze tylko ciągle nędzę i nędzę widzieć koło siebie! Żeby ci chorzy w ogóle z piekła nie wyjrzeli!

Powiedziawszy to, zabrał do kieszeni z koszyka, stojącego na stole, wszystkie owoce, jakie się w nim znajdowały.

— Lubi bardzo owoce — rzekł, odpowiadając wstydliwie na zdziwiony wzrok Butryma. — Codziennie jej przynoszę...


Madame Tourbillon uśmiechnęła się blado do wchodzących i wyciągnęła na powitanie spod kołdry jędrne, utoczone ramię.

— A, i pan jest, panie profesorze! Takam panu wdzięczna...

— Jakże się pani miewa! — spytał Butrym, ściskając jej dłoń, zakłopotany jeszcze tą nocną wizytą.

— Dziękuję. Do pasa — nieźle, ale nogi już na nic. Za dużo pono w życiu pracowały.

— Będzie z czasem zapewne lepiej...