— Pan nie wie — zwróciła się do Butryma — jaki ten doktór jest dobry! Tak o mnie pamięta, jak o dziecku. Tyle, że krzyczy na mnie strasznie...
— No, naturalnie! Gdy pani, moje złoto, jakimiś głupimi wspomnieniami się rozmazuje...
— Doktorze, do tego muszę się teraz przyzwyczaić, że będę wspominać. Dawniej oszałamiałam się przez cały dzień, przez noc raczej, jak wariatka, aby nie myśleć... Tyle lat! Musiałam tańczyć i pić, pić i tańczyć. Choćby nie było nikogo, kto by patrzył i płacił, bylebym to robiła... Teraz będę mieć dużo, dużo czasu na myślenie...
— W takim razie ja za nic nie ręczę.
— Nie, doktorze. Przyzwyczaję się. Im wcześniej, tym lepiej. Wie pan, panie profesorze, ja miałam dziecko...
— Znowu pani zaczyna!
— Niech mi pan pozwoli. Mnie lżej, gdy mówię... Była taka śliczna córeczka... Naturalnie nie byłam zamężna. Zresztą on mi nic nie przyrzekał, więc też nie miałam mu tego za złe, żem sama została, ale...
Krasołucki powstał.
— Nie będzie pani o niczym opowiadać, nic rozpamiętywać, czy mnie pani zrozumiała? Czym tu się martwić! Dla dziecka lepiej, że nie żyje.
— Och, panie doktorze!