— Cicho już. Proszę zasnąć trochę, my odejdziemy. Niech pani w siebie nie wmawia, że pani tylko we dnie spać potrafi. Noc jest właściwie do spania.
Uśmiechnęła się mimo woli.
— Pierwszy raz takie zdanie od pana doktora słyszę. Zazwyczaj mawiał pan inaczej.
— Ach, zazwyczaj, zazwyczaj! Bo wtenczas nie mówiłem z panią jako lekarz.
Popatrzyła na niego błagalnie.
— Doktorze...
— No co?
— Nie śmiem prosić...
— Znowu? No dobrze, dobrze, ale tylko na krótką chwilę...
I oto dziwna rzecz stała się przed oczyma Butryma, Doktór Krasołucki, sapiąc i stękając oraz klnąc na „babskie zachcianki”, przeszedł w kąt lichego hotelowego pokoiku, gdzie stało stare, rozklekotane pianino. Siadł na brudnym krześle we własnej szlacheckiej osobie i zaczął grać. Grał rapsodie Liszta57, potem jakiś zupełnie zwariowany, szalejący i płaczący taniec węgierski i znowu coś Brahmsa58...