Chora kawiarniana tanecznica słuchała z rozchylonymi nieco ustami, leżąc na wznak i przymykała z wolna powieki. Około warg błąkał się cichy, wdzięczny półuśmiech.


Na ulicy doktór splunął siarczyście i ryknąwszy swoim zwyczajem: fiakier!, choć w okolicy żadnego fiakra nie było, zwrócił się do Butryma.

— Widzisz, moje złoto, jak to człowiek na psy schodzi! Grywam po nocach jakimś tam zdechłym Węgierkom czy Cygankom, aby spać mogły! Szczęście, że mój ojciec daleko stąd pochowany, bo jakby usłyszał, toby się obrócił w grobie do góry tą częścią ciała, której za życia mnie, jako synowi, z przyzwoitości nie pokazywał. No cóż, pójdziemy się gdzie napić czego?

— Już chyba nie.

— Czyż? Jedną malutką czarną kawę tylko. Z koniakiem? Niech będzie, więc bez koniaku. Ale pipperminth59, naturalnie frape60...

Mówił to więcej ze zwyczaju niż z istotnej ochoty. Butrym zauważył w blasku ulicznej latarni, że twarz ma dziwnie postarzałą w tej chwili i smutną. Wlókł się powoli, kierując się jednak jakby mimowiednie w stronę swojego mieszkania. Na rogu ulicy przystanął, aby odsapnąć.

— Wiesz, to jest naprawdę biedna kobieta — rzucił znienacka. — Przerwałeś jej historię...

— A bo beczy potem i dostaje ataku. Skaranie boskie z babami! Miała chyba dość dwadzieścia lat czasu, aby zapomnieć.

— Co to było takiego?