— Ot, głupstwo zwyczajne. Nie ma o czym mówić. Codziennie się takie rzeczy zdarzają. Ale powiem ci coś ciekawego. Czy słyszałeś już, że Turski się żeni?

— Turski? Z kim?!

Krasołucki nie odpowiedział. Przejeżdżająca spóźniona dorożka zajęła całą jego uwagę — począł dawać znaki z daleka i wołać na dorożkarza, aby podjechał. Woźnica jednak, śpiący już może i zmierzający ku domowi albo też gdzie indziej zamówiony, nie odwrócił się nawet na rozpaczliwe wołanie lekarza, drobnym truchcikiem zniknął wkrótce ze swym wehikułem na rogu najbliższej przecznicy.

— To los! — westchnął Krasołucki boleśnie. — Nawet zajechać do domu nie można. Czasy psują się okropnie! Przecież człowiek porządny powinien by mieć swoją lektykę i czterech drabów, którzy by z nią czekali przed drzwiami każdej knajpy, do której raczył wstąpić. Ale co to mówić!

Machnął ręką z rezygnacją.

— Nie wolałbyś mieć samochód? — zaśmiał się Butrym.

— A wiesz, moje serce, że nie! To za wiele hałasu robi i za prędko jedzie. Nie lubię.

Odetchnął głęboko, a potem zapytał naraz:

— Czyś ty uważał, że do swojej kobiety powraca się zawsze?

Butrym przystanął, zdziwiony niespodziewanym pytaniem.