— Skąd ci to przyszło na myśl?

— Ot tak, snuje się człowiekowi po nocy to i owo w głowie. Nie lubię nocy, kiedy nie śpię, a jestem przypadkowo zupełnie trzeźwy. Zbyt wiele rzeczy wtedy się przypomina.

— Coś jak tej biednej Tourbillon? — próbował Butrym żartować.

— A tak, moje złoto. Zupełnie jak Tourbillonce. Widocznie zacznę się już wkrótce starzeć. Całkiem głupia rzecz. Przecież mam dopiero mało co ponad pięćdziesiątkę.

Szli jakiś czas w milczeniu. Dopiero w pobliżu domu doktór zagadnął znowu, wracając do tematu, który snać nie dawał mu dziś spokoju:

— Bo proszę cię, tyle się w życiu ma stosunków i miłostek, a ostatecznie pokazuje się zawsze, że była właściwie tylko jedna kobieta i gdyby zechciała, zostałby człowiek był przy niej, jak pies... Ty jesteś szczęśliwy, tyś rzeczywiście na tę kobietę trafił w swojej żonie...

— A tak, a tak — przyświadczył profesor szybko, jakby w obawie, by rozmowa na zbyt osobiste nie zeszła tory.

— Ale to wszystko jedno — mówił Krasołucki dalej. — Zawszeć to jest obrzydliwe i pogardy godne niedołęstwo z naszej strony. Och, Boże! Jakże ja się brzydzę wszelką wiernością, nawet swoją własną!

— Nie zauważyłem tej wady u ciebie!

Krasołucki jednak mówił poważnie.