— Najszaleńszy hulaka, najbardziej na cnotę niewieścią zajadły donżuan, jest jednak zawsze gdzieś komuś, jakiejś jednej, wierny w głębi duszy i to jeśli go już wprost nie gubi — to mu psuje życie do cna. I ja sam... Moje złoto, już tyle lat! Nawet ładna nie była ani nazbyt mądra. Miała dwoje dzieci, obrzydliwych bachorów, które byłbym chętnie potopił... A przecież, gdyby była zechciała, byłbym wziął i ją, i te wstrętne bachory... A że to byliśmy już wtedy żonaci, każde naturalnie na swoją stronę, więc planowałem wyjazd, z nią do Ameryki lub Australii... Bóg strzegł! — Ale żebym ją tak dzisiaj jeszcze spotkał i żeby tylko palcem skinęła, powiadam ci, na czterech łapkach bym wrócił!

Byli już przed domem.

— A co najzabawniejsze — dorzucił jeszcze — to to, że ja stary osioł zapomnieć nie mogę, a ona z pewnością ani roku nie pamiętała... Bo takie pamiętliwe Tourbillonki to tylko wyjątek. Najwyższy czas założyć towarzystwo dla emancypacji mężczyzn, jak powiada twój przyjaciel Śniegocki.

Pożegnali się uściskiem dłoni. Lekarz znikł w sieni domu.

Butrym myślał. Gdyby choć jedno jedyne dobre słowo po tym liście do mnie napisała!... Nie potrafiłbym się gniewać, nie zdołałbym o niczym złym pamiętać. Boże! Niechże choć jedno słowo napisze! Ja już nie mogę... nie wiem już, co pisać ani jak. Gdy zacznę list, rozdrażnienie wzrasta w miarę pisania i bierze w końcu górę... Jedno, jedno słowo, Zośka!... Napisz, bo Bóg mi świadkiem, że już nie zniosę i nie wytrzymam. Boję się spotkać tak z tobą, bo wiem, że od wyrzutów zacznę i od żalów, a nie chcę tego, nie chcę, nie chcę! Ucieknę naprawdę, gdy będziesz miała przyjechać...

Wstrząsnął się cały i zawrócił w stronę obserwatorium. Klucz miał zawsze w kieszeni, wszedł do pustego gmachu i drzwi zamknął za sobą. Gdy się znalazł sam w dużej, ciemnej sali, zastanowił się dopiero, po co tu przyszedł po nocy, kiedy tu właściwie w tej chwili nie ma nic do roboty? Automatycznie zapalił światło elektryczne i oglądał bez myśli przyrządy, rejestrujące stan atmosfery. Potem ruszył w górę wąskimi wschodami do kopuły, w której był ustawiony wielki refraktor61. Usiadł przed nim i zaczął patrzyć na niebo.

Zbliżał się ranek. Wenus płonęła jasnym światłem jutrzenki. Zwrócił na nią wylot przyrządu. Wąski, ostry, błyszczący sierp na czarnym niebie...

— O, gwiazdo, gwiazdo — szeptał do siebie — przedziwna gwiazdo! Postać masz gładką, miłą, zaokrągloną, dopóki jesteś daleka, po drugiej stronie słońca i wśród gwiazd innych mało widoczna! Ale gdy się zbliżasz i blasku ćmiącego inne gwiazdy nabierasz, zamieniasz się w sierp taki ostry, nielitościwy i złowrogi!

Odsunął oczy od szkła i zakrył je dłońmi.

VII