Deszcz, padający wczesnym rankiem, ustał był wprawdzie, ale dzień był mglisty i wietrzny. Sirocco62, który wiał przez kilka dni nieustannie, napędził poza Porto di Iyido i Porto di Malamocco tyle morskich fal w laguny, że w Bacino di San Marco woda ostatniego dnia podniosła się już nad poziom Piazzetty i za każdą nową falą rozlewała się szerokim półkręgiem: coraz dalej po marmurowym wybrzeżu, wchodziła i między kolumny, sięgała stopni portyku biblioteki Sansovina i szła płyciuchnym zalewem dalej, aż ku nowej kampanili i posępnemu portalowi kościoła. Tu i ówdzie przez zalew ten przekładano wsparte na 3 cegłach deski, tworząc w ten sposób suche dojście i do gondoli, chwiejących się niespokojnie wśród bezlistnego lasu krzywych pali, wbitych w dno laguny. Nikt nie szedł po tych mostach, z wyjątkiem kilku chłopców obdartych i bosych, skaczących jak pchły i dookoła i wypatrujących z krzykiem, czy w płytkiej wodzie na marmurowym podłożu nie zabłąkała się jaka ryba przypadkiem.
Plac świętego Marka był pusty i mokry, podobny do ogromnego, mętnego zwierciadła, które odbijało w sobie niewyraźne zarysy płynących po niebie strzępiastych chmur. Gołębie osowiałe pokryły się w oknach kampanili i obsiadły gzymsy Prokuracji, nikt im dzisiaj nie rzucał zwykłego pożywienia, jakiś jeden uporczywy przekupień na próżno wykrzykiwał płaczliwie, wabiąc gości, których nie było, aby kupowali po soldzie papierowe tubki z kukurydzą... W starych i nowych Prokuracjach przed sklepami z błyszczącą tandetą i przed sklepami z bezcennymi dziełami sztuki złotniczej i szklarskiej, stali znudzenia właściciele i pomocnicy, daremnie usiłując wypatrzeć jakiego chętnego na kupno przechodnia.
Przed tumem63 świętego Marka ustawiono, jak szubienicę, rusztowanie z trzech belek złożone i umocowane szeroko linami okrętowymi, wyjmowano z brązowych cokołów maszty chorągwiane dla naprawy czy świeżego malowania.
Pani Zośka siedziała pod filarami przed kawiarnią Quadriego i patrzyła zadumana przed siebie. Mimo niepogody powietrze było ciepłe, zgoła nie grudniowe, wilgotny wiatr od morza rozwiewał jej włosy, wymykając się spod podróżnego kapelusza.
Turski towarzyszył jej w powrotnej drodze aż do Werony, tam się z nim rozstała; pojechał przez Tyrol do Monachium, gdzie miał jeszcze jakieś teatralne interesy do załatwienia. Dalszą więc podróż odbywała sama i miała początkowo zamiar nie zatrzymywać się nigdzie. Dzień przed wyjazdem wysłała z Monte Carlo telegram do domu, że wraca, była niespokojna trochę o Jacka wobec braku wszelkich wiadomości od męża. O tym, że i ona doń nie pisała, nie myślała wcale, gniewając się tylko w duszy na brak uwagi i względności z jego strony, że ją tak długo zostawia bez listu.
Kiedy jednak pociąg dojeżdżał do Mestre, uczuła się strasznie zmęczoną. Och! Gdyby się wyspać wygodnie jedną noc w łóżku, a nie w tym ohydnym wozie sypialnym, gdzie się ma ciągle przygnębiające wrażenie ciasnoty, duszności i niepokoju! Ostatecznie może się spóźnić o jeden dzień. Gdyby dziecko było niezdrowe, to przecież w tym wypadku mąż byłby jej o tym doniósł niezawodnie...
Uśmiechnęła się z goryczą.
— Napisałby mi z pewnością raczej więcej, niżby było w istocie, nie oszczędzałby mnie, o, nie! aby mi owszem pokazać, jak złą matką jestem, opuszczając syna „dla zabawy” na parę tygodni.
Około południa wysiadła w Wenecji. Kazała się wieźć gondolierowi do jakiegokolwiek hotelu — zawiózł ją do starej oberży Capello Nero. Dano jej czysty pokój na pierwszym piętrze, obszerny, wygodny i ponury, z przedwiecznymi ciężkimi meblami, wśród których dziwnie raziły zawieszone u sufitu liche i pospolite lampy elektryczne i żelazny pod ścianą kaloryfer.
Kazała sobie przynieść na górę coś do zjedzenia, sądziła, że położy się zaraz do łóżka i będzie spać, spać aż do dnia następnego. Nie miała jednak apetytu i po krótkim odpoczynku sen także uleciał jej z powiek... Ubrała się i wyszła na plac, beznadziejnie smutny i pusty...