Siedząc przed kawiarnią myślała:

— Mogłoby się stać teraz coś niespodziewanego. Tak, jak przed laty rozsypała się w gruz bez żadnego widocznego powodu stara wieża świętego Marka, mogłoby teraz na przykład morze zacząć się wznosić ciągle i bez ustanku... szłoby coraz wyżej i wyżej. Naprzód plac zamieniłby się w dziwną, marmurowymi kolumnadami otoczoną sadzawkę, potem woda wypełniłaby wnętrze kościoła, chłonęłaby z wolna pałac dożów, a potem potem zginęłoby wszystko — jeno może ten szczyt kampanii że złoconym archaniołem u wierzchu dawałby znać gdzie było niegdyś miasto przecudne i jedyne miasto, i dziś już naprawdę od dawna umarłe choć przez większą część roku pozornie tak ruchliwym tętnem żyjące.

Dwóch młodych Włochów przechodziło koło niej; zatrzymali się o kilka kroków dalej i spoglądali ku niej dyskretnie...

E bella...64

Bionda e bella...65

Mówili coś więcej — słów już nie dosłyszała.

Nie odwracała oczu, uśmiechnęła się jeno leciuchno i oparłszy głowę o filar, patrzyła w stronę dwóch kolumn na lagunę, co opadała z wolna i cichła...

Wiatr przestał wiać, niebo wypogadzało się. Woda z placu przed pałacem Dożów spływała raźno z powrotem do morza, ludzie jacyś przyszli i zabierali niepotrzebne już mostki z desek. Przed kościołem świętego Marka pod arkadami Prokuracji i na Placu około kampanili pojawili się grupkami turyści nie wiadomo gdzie dotąd pochowani,- gołębie poczęły zlatywać z wysokich gzymsów i krążyć całym stadem, nie kwapiąc się jeszcze usiąść na mokrych płytach bruku...

I naraz wyjrzało słońce. Gdzieś spomiędzy strzępiastych chmur na kawałku olśniewająco błękitnego nieba ponad nowymi Prokuracjami spoza wieży św. Marka wyjrzało złote i uśmiechnięte [słońce – przyp. WL] i przeglądało się w resztkach spływającej po kamieniach wody. Szara i smutna dotąd fasada kościoła zalśniła naraz wszystkimi barwami. Kolumienki około wrót ożyły, odepchnęły się od muru rzuconym poza siebie cieniem i zadrgały, każda swoim kolorem, swoją duszą osobną. Mroczne absydy ponad drzwiami napełnił naraz deszcz złota, różu i błękitu: mozaiki słońcem zbudzone jęły znów śpiewać swą nieśmiertelną pieśń barwy i blasku.

Laguna, dotąd ołowiana, spłynęła naraz cała głębokim granatem, rozlanym szeroko, aż po San Giorgio Magiore i dalej, między wysepki jeszcze zielone, gdzieś ku zagubionemu w oddali Malamocco.