Gołębie, susząc skrzydła w słońcu, krążyły ciągle chmurą ogromną, ruchliwą, wirującą nisko wśród gmachów i mieniącą się w oczach jak deszcz irysowych płatków, rzuconych na wiatr z wysoka...
— E bella e bionda...
Kto to powiedział? Trzeba, żeby jej to ktoś powtórzył jeszcze raz, głośno, teraz, kiedy zaświeciło słońce, i żeby ukląkł przed nią z daleka, cicho, składając na piersiach ręce z rękojeścią szpady. Trzeba, żeby jej rzucił pod nogi dumne strusie pióro z aksamitnym beretem, a gdy się ona uśmiechnie, aby wstał i ujął ze czcią końce jej palców i wiódł ją po rzuconym pod nogi suknie purpurowym do złocistej, drogim futrem wysłanej gondoli...
— E bella e bionda...
Przymknęła oczy. Przez maleńkie szparki między powiekami lśnił jej tylko w źrenice blask słońca złoty na długich, ciemnych rzęsach zawieszony...
Kupcy z dalekiego Wschodu zwieźli tu na okrętach perły najdroższe i co najkrwawsze korale, złotnicy w ciemnych, po wąskich uliczkach poukrywanych kuźniach uprzędli ze złota siatki pajęcze i zasiali je ciężkimi brylantami, ogorzali od żaru hutnicy w Murano kruche szkło powyginali grubymi palcami w przecudne, bajeczne kwiatów kielichy, obarwili je kolorem słońca i nieba, i morskiej wody ruchliwej, robotnice z ogromnymi węzłami czarnych włosów na małej głowie utkały koronki delikatniejsze od owych zimowych wzorów, którymi mróz na północy okna przystraja, wystawiono pałace z marmuru, ściany mozaikami wyłożono, niskie, miękkie sofy obito skórami, na których wśród złotych liści kwitną tęczowe kwiaty...
— Bella e bionda! — To wszystko dla ciebie! Ażebyś jeno uśmiechnęła się czasem, abyś końce palców białych ustom spragnionym podała, byś pozwoliła patrzyć na siebie!
Otworzyła oczy.
Dzieciak jakiś stał nieopodal i sypał obiema rękami złote ziarna kukurydzy gołębiom, co cisnęły mu się około nóg całą chmarą, różowymi dzióbkami z rąk wyrywały pożywienie, siadały na ramionach, głowę skrzydłami w przelocie muskały.
Przez Plac szły smukłe weneckie dziewczęta. Z upiętymi na głowach czarnymi włosami, ze złotymi kolcami w uszach, w czarnych chustkach z długą, z tyłu aż do ziemi spadającą frędzlą jedwabną. Szczebiotały między sobą i śmiały się czerwonymi usty, rzucając wkoło spod ciemnych brwi spojrzenia żywe i płonące. Jedna z nich przystanęła. Butrymowa widziała jej profil o cudnie rzeźbionym orlim nosie z ruchliwymi nozdrzami i ustach wydatnych a subtelnych, teraz nieco rozchylonych szczęśliwym uśmiechem...