Mimo to nie przerywał podróży. Usiłował, owszem, wmówić w siebie, że dobrze robi, jeśli jej da odczuć brak swojej obecności i że to już będzie zyskiem w ich stosunku, gdy ona zobaczy, że bezkarnie w ten sposób lekceważyć go nie może. Za żadną cenę nie powinien teraz okazać słabości.
W wagonie gdzieś około włoskiej granicy pomyślał, że ona jednak może wcale nie odczuć braku jego obecności i nie przyznać nawet w duszy, aby miał jednak jakąkolwiek rację uciekać tak przed jej przybyciem. Okaże się tylko w oczach jej po prostu raz jeszcze śmiesznym głupcem, który prześlicznie drogi gwiazd oblicza, ale ze zwykłymi zdarzeniami życiowymi rady dać sobie nie umie, komplikując je niepotrzebnie. Pasja go ogarnęła.
Jeśli tak — myślał — tym lepiej! Tym bardziej nie powinien być w domu, gdy ona przyjedzie. Jeśli moja nieobecność nie sprawi jej przykrości, tak samo nie ucieszyłby ją mój widok. Więc po co, po co się jeszcze raz powitać i okazywać mimo woli — bo wiem, że nie potrafię zapanować nad sobą — jak strasznie za nią tęskniłem, i widzieć, że ją to właściwie nic nie obchodzi...
Usiłował nie myśleć o tym więcej i wykonać to, co raz postanowił, to znaczy jechać dalej.
Dojechawszy do Wenecji, zatrzymał się z zamiarem zabawienia tu dwóch dni przynajmniej. Zbyt lubił to miasto, aby je mógł ominąć bez zobaczenia kopuł św. Marka i ciekawych marmurowych mostów, wiszących w słońcu nad szmaragdową wodą wąskich kanałów, a przede wszystkim bez napatrzenia się jeszcze raz na niewysłowienie wspaniałą brązową postać Colleoniego, tam przed kościołem św. Jana i Pawła.
Południową godziną, kiedy po smutnym i dżdżystym dniu poczęła się robić pogoda, zaszedł na plac św. Marka. Chodził i przyglądał się bez myśli sklepowym wystawom. W jakimś magazynie złotniczym w galerii Nowej Budowli zajęły go zawieszone w oknie filigranowe naszyjniki cudnej roboty, perłami ciężkimi usiane. Przyszło mu na myśl, że taka złota sieć, pełna łez wyłowionych z morza, cudnie by jednak wyglądała na odkrytych ramionach jego żony...
Odszedł od sklepu i powrócił doń za chwilę. Pokusa nie dawała mu spokoju. Widział szyję jej białą, cudnie rzeźbioną, smukłą, wyłaniającą się z uwięzi tej pajęczyny ze złota i chłodne perły falujące i błyszczące za każdym oddechem jej drobnego, dziewczęcego niemal łona. Widział przede wszystkim uśmiech jej radosny, na widok klejnotu, świecącego w jej dłoniach... Uczuł, że uśmiech ten tanio byłby zapłacony, gdyby jej za niego rzucił pod nogi te wszystkie drogocenne rzeczy, za szybą wystawową błyszczące, ba! gdyby jej całą Wenecję ze wszystkimi skarbami pod nogi rzucił!
Gwałtowne pragnienie uderzyło mu do głowy, jak dur ze starego wina. Nachylił się i począł patrzeć na maleńką karteczkę, na której cena naszyjnika była wypisana. Z górą dziewięć tysięcy franków! Nie miał takiej sumy przy sobie i w ogóle niełatwo by mu było zdobyć się na nią. Mimo to zaczął szybko przeliczać w myśli pieniądze, jakie posiadał, i kombinować, czyby nie mógł telegraficznie zażądać brakującej reszty z banku w Krakowie, z którym miał stosunki.
Po pewnym czasie roześmiał się sam ze siebie. Przecież, oby to było szaleństwo! Żona słusznie, zamiast się ucieszyć i podziękować mu, raczej wymówki by mu robiła, że wyrzuca w ten sposób grosz, którego właściwie bynajmniej nie mają do zbytku. Uczuł całą śmieszną nędzę swoją i zagryzł z bólu wargi aż do krwi.
Tymczasem wyszedł ktoś ze sklepu i mówił coś do niego. Spostrzegł, że to sprzedający, zauważywszy jego zaciekawienie, zaprasza go do wnętrza. Wszedł machinalnie, nie wiedząc właściwie, po co. Stał i patrzył na różne klejnoty, jakie mu pokazywano. Zorientował się nareszcie, że tak bez końca przecież stać nie może i jakiś fałszywy iście polski wstyd skłonił go do kupienia czegokolwiek. Wziął bez wyboru jakiś sznur korali, za kilkadziesiąt franków, który mu się zresztą wcale nie podobał i wyszedł ze sklepu.