— Dobrze tak? Teraz dobrze?

— Dobrze.

Przytulona do niego, patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi, zastygłymi oczyma.

Wypłynęli już daleko poza San Giorgio Maggiore i zdążali okólną drogą w stronę Lido. Księżyc skrzył się na uciszonej zupełnie lagunie, cała linia miasta, długa i wyciągnięta, świeciła przed nimi latarniami, płonącymi na Riva dei Schiavoni. Było to wszystko naprawdę jak w bajce. Jakiś gród świetlisty, zaczarowany, wstający z ciemnego morza, po którym jeno drobnymi światełkami drogi ku niemu się znaczą... Nad koronkowymi arkadami marmurowa ściana pałacu dożów płonęła różowym odblaskiem, wieża świętego Marka, od lamp niewidocznych, na Placu ukrytych, jasna, stała jak wodotrysk białego ognia lub olbrzymia, świecąca sopla lodu na niebie, gwiazdami usianym. Dalej, znacznie dalej, na prawo na końcu jasnej linii wybrzeża kłębiły się w rzadko latarnią przetkanym mroku bujne drzewa Ogrodów Publicznych.

Butrym nachylił się nad żoną. Spostrzegł, że w rozwartych oczach ma łzy.

— Zosik, co tobie?

— Nic... biedna jestem, naprawdę tak bardzo biedna.

Gwałtownym ruchem przytuliła się silniej do niego.

— Mietku! Zrób ty co, żebym ja ciebie kochała. Więcej już w tej chwili, więcej! Daleko więcej. Byłabym może szczęśliwa.

Posmutniał głęboko.