Gdy weszli, zastawiona stolikami sala była już niemal pełna. Zajęli wolne boczne miejsca i kazali sobie podać flaszkę białego wina z Capri. Na scenie w głębi śpiewała jakaś podle wymalowana „męczennica sztuki”, na którą nikt nie zwracał uwagi. Publiczność, zajęta mającymi się wkrótce odbyć zapasami, nie troszcząc się o śpiewaczkę, rozmawiała półgłosem i oceniała szanse występujących dziś zapaśników.
Butrymowi przypomniała się Mary i żal mu się zrobiło biednej, wymalowanej i starzejącej się już szansonistki, robiącej na próżno miny, w założeniu tkliwe a w rezultacie zupełnie komiczne. Gdy skończyła śpiewać, dał jej krótki oklask. Ci, co to zauważyli, zaczęli sykać i śmiać się, patrząc nań lekceważąco.
Po kilku podobnych, na szczęście krótkotrwałych występach, którym jednak pani Zośka z dziecinnym zajęciem się przyglądała, pojawiła się tancerka, znana widowni i lubiana, bo przywitano ją burzą oklasków.
Była wysoka, smukła, w długiej powłóczystej sukni, przez której przezroczystą materię rysowały się wspaniałą rzeźbą cielistymi trykotami obciągnięte nogi. Ręce i ramiona miała nagie, wycięcie z tyłu pasa niemal sięgało.
Twarzą, cokolwiek zaledwie podmalowaną, uśmiechnęła się przyjaźnie do publiczności i w takt muzyki zaczęła taniec jakiś poważny. Po skończeniu zniknęła na parę chwil za kulisami i pojawiła się znowu, tym razem w innym już stroju. Suknię odrzuciła, trykot tylko miała na sobie obcisły, wspaniałe a subtelne kształty jej uwydatniający i szeroki, muślinowy szal w ręku. Rozpoczął się taniec coraz szaleńszy i coraz więcej wyuzdany. Gibkie członki tanecznicy przechylały się w pląsach i wiły przed oczyma zachwyconej publiczności, jej drobne, piękne usta uśmiechały się ciągle niewinnie i ponętnie...
Butrym spojrzał na żonę. Chłonęła tanecznicę szeroko rozwartymi oczyma, na twarz wystąpiły jej gorączkowe wypieki. Uśmiechnął się.
— Podoba ci się?
— Ach, cudna jest! Cudna!
Nareszcie taniec się skończył. Tancerka znużona z głębokim ukłonem i z wdzięcznym na twarzy uśmiechem cofała się za zsuwającą się zasłonę. Ale publiczność po prostu oszalała. Zaczęto klaskać, wołać, tupać i stukać laskami, nie dając jej odejść.
— Jeszcze! Jeszcze! Fuori! Da capo! Bis!72 – krzyczano zewsząd..