Pani Zośka wzruszyła ramionami.

— Czy nie chcesz już iść do domu? — pytał.

— Jeśli ci na tym zależy...

— Nie, nie. Mnie bynajmniej. Ale zdawało mi się, że jesteś zmęczona...

Koło mężczyzn rozsunęło się tak, że pozostali oboje sami w pośrodku sali.

— Po co przychodzisz? — mówiła nerwowym szeptem pani Zośka, uśmiechając się wciąż nadzwyczaj uroczo. — Masz minę taką poważną i nachmurzoną, że wszyscy boją się ciebie. Patrz, spłoszyłeś całe towarzystwo.

— Przepraszam cię. Nie miałem wcale tego zamiaru.

— Tak, zamiaru nie miałeś, ale ostatecznie psujesz mi każdą zabawę, której chyba przy tobie nie mam nazbyt wiele.

— Przepraszam cię jeszcze raz i odchodzę.

— Teraz zostań. Ludzie będą myśleli, że się sprzeczamy. Podaj mi rękę i chodźmy do bufetu.