— Nie wiem.
Tymczasem na znak, że wszechwładna publiczność odniosła zwycięstwo, zasłona przed scenką rozsuwała się powoli. Umilkli naraz wszyscy. Światła na sali przyciemniały się kolejno, zapanował półmrok, w którym jarzyła się tylko na scenie jasna plama, reflektorem z góry rzucona. Muzyka rozpoczęła z cicha taniec jakiś fantastyczny.
— Patrz! — zawołała pani Zośka, chwytając męża za rękę.
Tancerka wbiegła znów na scenę. Z wyjątkiem opasania koło biódr i okrągłych tarcz, naszywanych fałszywymi brylantami na piersiach, nie miała nic na sobie. Skóra jej cudownie miękka i młoda o ciepłym kolorycie lśniła jak najprzedniejszy aksamit. Bose nogi o długich, zaróżowionych na końcu palcach i różowych, suchych piętach drgały w drobnych, wytwornych pląsach. Tors przeginał się i prężył, spod spuszczonych rzęs przebłyskiwały palące oczy, a usta uśmiechały się ciągle niewinnie i słodko...
Skończyło się.
Ktoś rzucił wiązkę kwiatów, ktoś łańcuszek złoty od zegarka, nie klaskano już prawie, szept tylko szedł po sali zachwycony i głęboki:
— Bella, bella! E bella!
W antrakcie pani Zośka zwróciła się do Butryma z płonącymi jeszcze wciąż oczyma.
— Och, jakie one szczęśliwe!
— Kto? — zapytał z rzeczywistym zdumieniem.