— Tak, wiem. I oprócz mnie nikt o tym nie wie. Chyba ty jeden, bo nikt mnie więcej na świecie taką, jaką jestem, nie widział. Ale i ty dawniej nie widziałeś mnie, boś mnie nie kochał, teraz nie widzisz mnie, boś się do mnie przyzwyczaił, któż patrzy na żonę!

— Zośka!...

— I czy to nie grzech? Czy nie grzech! Jeszcze rok, dwa czy cztery i zwiędnę, przekwitnę, i tak się dzieje z setkami, a przynajmniej z dziesiątkami kobiet, o których nikt nie wie, że były piękne i zasługiwały w młodości na to, żeby rzeźbiarze posągi z nich kuli... Ta jest szczęśliwa, bo ta przynajmniej nie na próżno jest piękna.

— Nie wiem, co na to odpowiedzieć...

— Wierzę!

Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, a potem naraz wzniósł głowę i popatrzył jej w oczy jasnym, głębokim wzrokiem.

— Słuchaj, czy to koniecznie potrzebny cudzy podziw? Czy ja na przykład chcę... żeby mnie podziwiano, że, w swoim zawodzie..., jestem mądry, mądrzejszy niż wielu to pojąć jest zdolnych?

Pojrzała na niego uważnie.

— A jednak podziwiają cię ludzie, masz sławę...

Daleki uśmiech błąkał mu się po ustach.