W chwili, gdy wedle regulaminu ręce sobie podawali, Japończyk nagłym rzutem podbił nogę Francuzowi. Ten jednak cofnął ją dość wcześnie, aby ujść ciosu przeciwnika i chwycił go błyskawicznie ramieniem za kark. Japończyk odbił się od ziemi, przewinął się kozłem ponad ramię Francuza i chwycił go z tyłu za nogi powyżej kostek. Runęli obaj i zaczęło się potworne zmaganie dwóch potężnych, prężących się i sprężystych ciał. Naraz, kiedy tuż przy rampie sceny Japończyk usiłował przerzucić przeciwnika przez głowę na wznak, ten, rzuciwszy się rybim ruchem gwałtownie w bok, runął w dół na orkiestrę, pociągając współzawodnika za sobą.
Przerwano naturalnie tak ciekawie rozpoczętą walkę, Japończyk zwichnął sobie nogę, Francuz miał skaleczoną rękę powyżej łokcia.
Po krótkiej przerwie wystąpiła druga para zapaśników: młody, szczupły Włoch i górujący nad nim olbrzymią siłą i wagą opasły, dobrze już siwiejący Niemiec. Walka przeciągała się długo. Włoch, nie mogąc na siłę mięśni sprostać Niemcowi, wyzyskiwał wobec niego swoją iście bajeczną zręczność. Kilkakrotnie bliski porażki, jakimś nieprawdopodobnym, zwinnym ruchem piskorza wydostawał się spod przeciwnika i stał znów na nogach, do dalszej walki gotowy. Wreszcie — po kilkunastu minutach — zdawało się, że wyczerpany ulegnie już olbrzymowi. Rzucony w tył, padł na wznak, ale barkami ziemi jeszcze nie dotknął. Wsparł się o nią tylko głową, łokciami w tył wygiętymi i szeroko rozstawionymi stopami. Niemiec wwalił się na niego całym ciężarem cielska i powoli, systematycznie, ująwszy go za przeguby dłoni, potworną siłą począł ręce jego od ziemi odrywać. Mięśnie Włocha napięły się i poczerwieniały z wysiłku, ale nie zdołały się oprzeć. Ręce jego w kleszczach niemieckich łap wznosiły się z wolna aż ku piersiom. Leżał już teraz, jak łuk ku górze wygięty, wspierając się o ziemię tylko potylicą głowy i piętami. W tej chwili Niemiec dźwignął się nieco i ciężarem swoich stu dwudziestu kilogramów uderzył jak taranem w brzuch przeciwnika. Włoch ugiął się, jak doskonały resor powozowy, ale ziemi plecami nie dotknął. Pod powtórnym ciosem rozpłaszczył się nieco więcej, żyły na nogi wystąpiły mu sinymi pręgami — znać było, że trzeciego uderzenia już nie wytrzyma. W chwili jednak, kiedy olbrzym uniósł się znowu, by po raz ostatni uderzyć i do ziemi go przygnieść, jakimś niewiarygodnym, rozpaczliwym rzutem wysunął się spod niego i zerwał się na nogi. Niemiec z całym rozmachem gruchnął brzuchem o ziemię i w tym momencie za stopy przez własną głowę przerzucony, upadł na obie łopatki.
Burza oklasków powitała niespodziewane zwycięstwo. Pani Zośka, rozgorączkowana, nie była w tych owacjach ostatnią: biła z zapałem w drobne dłonie, oczy jej świeciły radością. Zwróciła się do męża:
— Czy kobiety biorą udział w takich zawodach?
— O ile wiem, do tego czasu nie. Walka nazbyt brutalna i przeto dla organizmu kobiecego niebezpieczna.
— To by było cudowne, gdyby tak kobieta zręcznością zwyciężyła takiego męskiego potwora jak ten Niemiec.
— Bądź spokojna. Kobiety zwyciężają zawsze. Nie potrzeba na to cyrku ani sceny... Tu byłoby może trudniej. Patrz tylko!
Rzeczywiście rozpoczynające się trzecie spotkanie mogło służyć za przykład nielitościwej brutalności walki catch as catch can. Przeciw pięknie zbudowanemu Bułgarowi wystąpił Belg o flamandzkim nazwisku, rosły, silny i smukły, o kwadratowej głowie, zwierzęco rozwiniętych szczękach i małym, krótkim nosie. Siły i zręczność zapaśników były mniej więcej równe, ale podczas gdy Bułgar walczył z pewną rycerską wytwornością, Belg nie przebierał w środkach i używał wszystkich, w tej strasznej walce niezakazanych chwytów, posuwając się nawet niekiedy poza dozwoloną granicę, co kilkakrotnie dało powód do interwencji sędziego i żywych protestów publiczności. A więc skręcał ręce i nogi przeciwnikowi, wyłamywał mu palce, dusił za gardło, zatykał dłonią nos i usta albo powalonego w straszliwy sposób piłował kościstą brodą po żebrach. Bułgar znosił to wszystko z nadludzką wytrzymałością, broniąc się przy tym uporczywie i skutecznie. W pewnej chwili, gdy upadł na twarz, Belg wywinął mu zręcznym ruchem lewe ramię na plecy i począł je wykręcać całą mocą, trzymając równocześnie stopę na jego przygiętym karku, a kolanem drugiej nogi gniotąc mu żebra. Wargi poczęły się Bułgarowi rozwierać i drgać z bólu, oczy zaszły mu krwią, zda się, że słychać było trzask kości i ścięgien w wyłamywanym ramieniu. Ale zacisnął zęby i nie chciał się uznać za pokonanego, czym byłby walkę przerwał. Pot coraz obfitszy spływał mu z czoła.
Publiczność zaczęła się niepokoić, a wreszcie krzyczeć i grozić brutalnemu Belgowi. Kilka kobiet wyszło z sali, jedna dostała histerycznego śmiechu.