— Cóż z tego?
— Nic. Właśnie nic. A młody był i śliczny! Taki śliczny, że aż dreszcz mnie niespokojny przechodził, ilekroć na niego spojrzałam...
— Po co mi ty to mówisz?!
— A cóż w tym złego? Przecież nad tym człowiek nie panuje. Czyż ty nie patrzyłeś, czy nie patrzysz nigdy na żadną kobietę z takiem uczuciem, nawet teraz jeszcze, gdy jesteś moim mężem?
— Przypuśćmy. Są jednak różnice.
— No, proszę. Jakież?
— Przede wszystkim ja jestem mężczyzną...
— O! Tej różnicy, wiesz, że ja nie uznaję zgoła. Jestem tak samo człowiekiem i mam prawa te same.
— Nie, nie masz tych praw. Tu fizjologia rozstrzyga. Ale na razie mniejsza o to. Jest jednak jeszcze i ta różnica, że ja... nie mówię o tym, zwłaszcza w tak niewłaściwej chwili, jak ty teraz.
— Nie widzę w tym nic niewłaściwego. Okazuję tym tylko zaufanie do ciebie, że o tym mówię. A zresztą w tym, że mówię, masz najlepszy dowód, że nie było nic złego.