— Tak, tak. I dlatego patrzysz wciąż na mnie, jak na zamkniętą w haremie. Brr... jakież to obrzydliwe! Że też wy wszyscy tacy podli, tacy podli jesteście!
— Zośka, Zośka! Bój się Boga! Więc to ja teraz winien jestem?
— A któż?
Nie odpowiedział. Poszedł jeno do stolika opodal i usiadł, twarz ukrywając w obu dłoniach. Zaległo przez pewien czas milczenie.
Nagle pani Zośka wyskoczyła boso z łóżka i usiadła mężowi na kolanach. Odsunęła mu ręce z przed twarzy.
— Płaczesz? — zawołała, spojrzawszy mu w oczy. — Och, ty! Stary dzieciuchu!
Objęła go nagimi rękoma za szyję i zaczęła gorąco całować po twarzy, po oczach, po ustach...
Przez chwilę usiłował się bronić, a potem z nagłym wybuchem pochylił głowę na jej pierś.
— Zośka, Zośka!