— Spiesz się pan! — zawołała na mecenasa Dzióbka, rękę w górę podnosząc — czekam tu już na pana!
W granatowych, szerokich, około kolan obcisłych krótkich spodniach, w szarym swetrze z białym brzegiem i kołnierzem i w białej czapce wełnianej, spod której wymykały się niesforne, złote, ruchem rozburzone włosy, z zarumienioną mrozem twarzą i z jaśniejącymi oczyma, stała tak w słońcu cała, smukła, zdrowa, sprężysta i wytworna.
Adwokat dojeżdżał do niej z rozwianym na wiatr szalem, cały ośnieżony i wkładał lewą ręką w oko monokl, na szczęście na sznurku uwiązany. Uśmiechał się wygolonymi ustami uprzejmie, ale kwaśno.
— Byłbym z pewnością pierwszy, gdybym się nie był przewrócił...
— A właśnie, właśnie! A gdzież to czapka?
— Została tam gdzieś w górze. Nie miałem czasu podnosić!
Butrym i Śniegocki byli już przy rozmawiających.
— Dzielnieś się spisała — mówił profesor — chociaż gdyby nie wypadek mecenasa...
— O to właśnie idzie, aby się ustrzec, upadków! — odparła wesoło. — Szkoda, że i ty nie wziąłeś udziału w tych zaimprowizowanych wyścigach.
— Niech pani nie żałuje — rzekł adwokat, kołysząc na sznurku wyrzucony znów z oka monokl — profesor jeździ z nas wszystkich najlepiej i wtedy nie byłoby zwycięstwo przy pani.