— Byłaby to zabawna i niebywała rzecz, widzieć męża zwyciężającego żonę! — śmiał się Śniegocki.

— No, pan by już żadnego zwycięstwa nie odniósł! — mówiła pani Zośka z udanym dąsem.

— A załóżmy się! Tylko rodzaj zawodów ja sam oznaczę.

Mówiąc to, wyjął z jakiejś ukrytej kieszeni pomarańczę i rzucił ją po pochyłej śnieżnej płaszczyźnie.

— Proszę! Kto pomarańczę podniesie w biegu, nie przewróciwszy się!

Zaczęły się gonitwy i śmiechy, którym Butrym przypatrywał się z dala, nie biorąc udziału w zabawie. Przyłączyła się za to do niej trzecia z zawodników, pani Wanda Bergerowa, która właśnie nadjechała z góry, żartując ze swego towarzystwa, że niepotrzebnie się tak śpieszyło, gdyż ostatecznie znowu wszyscy na jednym znajdują się miejscu.

Po jakimś czasie, gdy już wszyscy byli zmęczeni, a pomarańcza zupełnie rozgnieciona nartami, Butrymowa zbliżyła się do męża.

— Dziwny jesteś — rzekła półgłosem — wszyscy się bawią i dokazują, a ty jeden swoją powagą zupełnie psujesz nastrój. Czy nie mógłbyś na chwilę zapomnieć, że jesteś profesorem uniwersytetu?

— Ha, cóż robić! Starzeję się widocznie naprawdę, jak mi to tak często przypominasz — odparł z nieco melancholijnym uśmiechem.

Towarzystwo się rozdzieliło. Mecenas spotkał w schronisku jakieś znajome panie, przy których pozostał, profesor ruszył samotnie dalej w stronę hali Goryczkowej, a Butrymowa ze Śniegockim i Bergerową ku domowi.