— Tak, początkowo byłam ci dość obojętna. Teraz przyzwyczajasz się do mnie, jak do psa lub kota. W miarę, jak się starzejesz, zaczyna się u ciebie tak zwana solidna, legalna miłość małżeńska... Szkoda, że ja tego u siebie nie mogę zauważyć.
— Zośka! Nie mów. To boli.
— Nie mówię ci przecie nic nowego. Młodszą jestem od ciebie z górą o dziesięć lat i mam ochotę jeszcze żyć.
— Ale po co, po co mówić to wszystko?
— Wolałbyś, abym ci kłamała?
— Tak jest. Kłamiąc, aby mi nie zrobić przykrości, dałabyś dowód, że ci jednak chodzi o mnie cośkolwiek! A przy tym, widzisz, to mi zaraz wiadomo, co jest kłamstwem, a co prawdą.
— Ja wiem.
— Nie wiesz. Czasem, w pewnej chwili, w nastroju jakimś przypadkowym człowiek to lub owo odczuwa. Nie trzeba tego zaraz mówić, bo słowo pozostaje i cofnąć się go nie da, i pamięta się je. A nastrój przykry może minąć, zmienić się. Na cóż go utrwalać!
Stali już przy bufecie.
— Napijesz się szklankę wina?