— Kocha się we mnie — szepnęła. — Ach, Boże! To takie beznadziejne... Lubię go bardzo, ale przecież nie mogę... Dzieciak taki.
Butrym nie wiedział, co odpowiedzieć. Na ustach miał prośbę: Niech mu pani da spokój... ale to przecież byłoby bezcelowe. Serce ścisnęło mu się przykrym uczuciem, przypomniał sobie długą litanię ludzi zmarnowanych dzięki tej kobiecie... Nawet Turski, który pozornie ocalał, na nowo coraz więcej w moc jej popada.
Ona tymczasem rzuciła z nagła:
— Czy pan wie, że wychodzę za mąż?
— Znowu? — Wyrwało mu się mimo woli, gdyż sobie przypomniał niedawne jej narzeczeństwo z niejakim panem Rohitynem95, który dotąd chodzi za nią jak cień i wszystkim nieproszony o swojej wielkiej miłości do niej opowiada.
Ruszyła ramionami z lekkim zniecierpliwieniem.
Ach, tamto było głupstwo. Zresztą to tak dawne dzieje... Wówczas pan mnie właśnie przekonywał, że nie powinnam tego robić, i posłuchałam pana na swe szczęście.
Butrym pamiętał, że było wprost przeciwnie, mianowicie bronił nawet ograniczonego, ale dość poczciwego Rohityna, którego wszyscy obmawiali i radził jej, aby wyszła za niego rzeczywiście, nie sprostował tego jednak, co mówiła.
Ona tymczasem ciągnęła dalej:
— Teraz, to zupełnie co innego... Żeni się ze mną... Turski. Drgnął, posłyszawszy to nazwisko.