— Turski? A cóż...
Urwał szczęśliwie. Chciał odruchowo zapytać, co będzie z aktorem Płażyńskim, o którym wiedział jako o ostatnim jej niemal oficjalnym przyjacielu... Zamiast tego, skłonił się tylko grzecznie.
— Winszuję.
Przypomniał sobie teraz, że wspominał mu pewnej nocy doktór Krasołucki o zamierzonym małżeństwie Turskiego, zapomniawszy jeno dodać, z kim się żeni, ale on przecież tego powinien się był domyśleć!... Po raz drugi tego wieczora serce ścisnęło mu się dziwnie przykrym uczuciem, choć usiłował w myśli przekonać siebie samego, że to ostatecznie jest przewidziane i może najlepsze rozwiązanie...
Księżna mówiła:
— Dziękuję panu. Widocznie przeznaczone to nam już było, abyśmy się w końcu połączyli. — Roman kochał mnie już przed kilku laty (kilkunastu — poprawił Butrym w myśli), ale ja wtenczas byłam zamężna i zmusiłam go, aby wyjechał...
Butrym wiedział, że było inaczej, bo Turski wówczas uciekł sam.
— I widzi pan — mówiła znów — przed losem swoim człowiek nie uciecze! Jesteśmy znów razem i zawsze będziemy...
— Tym razem teatr państwa połączył — rzekł, aby cośkolwiek powiedzieć.
Ruszyła ramionami.