Zatrzęsła się naraz.

— Brzydziłabym się nim! — odparła szczerze.

— Aż tak! To za wiele... Pomyśl na przykład, że miałby romans ze mną. Ja przecież — mogę ci zaręczyć — jestem czyściutka, pachnąca i miła i nie byłoby zgoła powodu do obrzydzenia.

— To co innego. Myślałam o takiem... poniewieraniu się z ulicznicami... Wiem, że tego nie robi. Na to jest zbyt wybredny. A co do tak zwanych romansów... mój Boże! Czyż ja mogę powiedzieć na pewno, że on ich nie miał albo nie ma? Cóż mnie to obchodzi.

Mówiąc to, usiłowała zrobić minę jak najbardziej obojętną i lekceważącą.

Bergerowa zaśmiała się złośliwie.

— Wcale, wcale cię nie obchodzi?

Pani Zośka brawurowała dalej:

— Naturalnie. Myślę nawet czasem, żeby mu to bardzo dobrze zrobiło, gdyby się trochę zakochał. Odmłodniałby zaraz...

— Aha. Rozumiem. A ponieważ mężowie niewierni są zwykle przez poczucie winy dla żon swych najtkliwsi, więc na tym odmłodnieniu ty byś zyskała.