— Jak to? — spytała pani Zośka wcale naiwnie i w tej chwili dopiero, zrozumiawszy sens słów Bergerowej, poczerwieniała nagle po same białka oczu.

— Ach, jesteś obrzydliwa! Nigdy o czymś podobnym nie myślałam. W ogóle tak gardzę tą stroną życia...

— Naprawdę? Bardzo, bardzo gardzisz? Bo co do mnie, to przyznam ci się, że nie mogę tego powiedzieć.

— Widocznie masz inne usposobienie — odparła pani Zośka sucho.

— Usposobienia są wszystkie pod tym względem jednakowe. Tylko, czasem... Chodź no tu bliżej i nie udawaj panienki. Otóż widzisz, niekiedy dość czasu upłynie, zanim się spotka mężczyznę, który...

Pani Zośka wstała z otomany, na którą ją Bergerowa przemocą posadziła.

— Dajmy pokój tej rozmowie. Może ci się to wyda śmieszne, ale doprawdy tak mnie ten temat strasznie, nie bawi... O czym tu mówić ostatecznie? Jeśli chcesz, możesz męża mego bałamucić, nie mam nic przeciw temu.

Zaczęła się krzątać po pokoju, choć właściwie nic w nim nie miała do roboty. Bergerowa wodziła za nią w milczeniu wzrokiem ciekawym i trochę szyderczym.

Gdy w jakiś czas Butrym wrócił do domu, zastał już żonę samą. Siedziała przy stole i pisała jakiś list.

— Do kogo piszesz? — spytał obojętnie, poglądając jej mimo woli przez ramię.